Miejsca w których zawsze coś było. Sola, Ruinkirke, czy aby na pewno ruiny i czy na pewno kościoła?

Aktualizacja: paź 8


Od pewnego czasu, zbieram materiały do nowego cyklu felietonów, traktujących o miejscach w Rogaland (a może nie tylko), szczególnie dotkniętych historyczną obecnością człowieka. Jako zapowiedź tego cyklu, chcę już dzisiaj zaprosić was do jednego z miejsc, które na pierwszy rzut oka są niepozorne i mało ciekawe, ale jednocześnie zostało naznaczone obecnością człowieka od niepamiętnych czasów.

Zanim jednak przedstawię wam to miejsce, pozwólcie, że zrobię krótkie wprowadzenie do tego zaiste arcyciekawego tematu. Przepraszam za ten prolog, i proszę o cierpliwość, to nie będzie długo.

Nam ludziom żyjącym w świecie opanowanym przez naukę i technologię, trudno wyobrazić sobie rzeczywistość w jakiej przyszło egzystować naszym przodkom, na przykład tysiąc lat temu. Coś co nasi ojcowie uważali za zjawiska nadprzyrodzone budzące w nich strach czy przerażenie, dla nas dzisiaj są dobrze znanymi prawami fizyki, o których uczą się nasze dzieci w szkołach. Mimo tego, iż dość dobrze rozumiemy mechanizmy rządzące naturą, opanowaliśmy oceany i przestrzeń powietrzną, a nasze rakiety eksplorują kosmiczną próżnię, wciąż doświadczamy irracjonalnego lęku, tkwiącego w nas pierwotnego strachu, przed wszystkim co wydaje się potężniejsze od nas samych. Obawiamy się choroby, bólu, utraty kogoś bliskiego, utraty pracy, klęski żywiołowej, pożaru, samotności, odrzucenia.. boimy się bardzo wielu czynników, które mogą się nam przydarzyć, a na które my sami nie mamy wpływu, albo jest on niewielki. Dlatego usiłujemy zabezpieczyć się na wszelkie sposoby, zjednać sobie te wyimaginowane moce, stosujemy swoją profilaktykę przeciw nieszczęściu. Każdy z nas dobrze wie, jakiego rodzaju są to zachowania. Są ludzie, którzy kiedy coś zgubią, wzywają św. Antoniego, bo on jest ekspertem w znajdowaniu. Inni, kiedy słyszą, że nadchodzi burza, wzywają św. Barbarę, specjalistkę od piorunów. Unikamy czarnych kotów, boimy się gdy zbijemy lustro, w piątek trzynastego nie wychodzimy z domu, a dziewczęta na studniówkę, koniecznie muszą mieć na sobie coś czerwonego.

Jeżeli zatem, my obeznani z nauką i technologią, wciąż mamy w sobie taki atawistyczny strach, irracjonalne lęki, o ileż bardziej doświadczali tego ludzie żyjący tysiąc lat temu? Żeby to sobie jakoś uświadomić, warto zajrzeć do treści starych legend, pełnych magicznych stworów chociażby takich jak Trolle, wieźmy, strzygi, czy wilkołaki. Wytwory wyobraźni naszych przodków, stwory opisane w starych podaniach, legendach czy bajkach, są doskonałym źródłem wiedzy o tym czego lękali się nasi przodkowie. Pierwotny strach jaki nosimy w sobie, wzbudza w nas pewną pierwotną reakcję, czyli aktywność, którą nazywamy „religijnością naturalną”. Jest to właśnie takie pragnienie zjednania sobie wszelkich wyższych sił, które mogą nas wesprzeć i obrobić przed nadprzyrodzonym złem. Jest nawet takie powiedzenie dotyczące ateizmu, które mówi że „Ateizm kończy się wtedy, gdy samolot którym lecimy, zaczyna spadać”. W takiej sytuacji, jesteśmy w stanie uwierzyć we wszystko, co jak się nam wydaje, może nas uchronić od nieszczęścia, i w zamian za pomoc, obiecamy nawet to że zmienimy nasze postępowanie.

Nasi przodkowie, byli w ogromnej mierze zależni od natury. Ta zależność i strach sprawiały, że od zawsze szukali sprzymierzeńca dla swojej trudnej egzystencji . Szukali bytu potężniejszego od nich samych, boga, który będzie ich wspierał, pomagał, chronił. Gdzie najłatwiej znaleźć boga? Większość kultur, wspomina o różnych bóstwach zstępujących z nieba. Zatem miejsca uderzone przez błyskawice, wzniesienia górujące nad okolicą, święte gaje wyróżniające się w jakiś sposób od reszty otoczenia. Wiele takich miejsc, uznawano za szczególnie nawiedzone przez boga, i tam właśnie budowano pierwsze świątynie, i tak narodził się kult ofiarniczy. Ofiary przebłagalne, miały zapewnić pomyślność w plonach, zdrowiu i obfitość życia. Kiedy dwa tysiące lat temu, pojawiło się Chrześcijaństwo, szybko zaczęło rozprzestrzeniać się po świecie, wypierając stare wierzenia lokalnych społeczności. Proces ten, nazywamy chrystianizacją. Na czym to polegało? Bardzo prosty mechanizm, który w dużym uproszczeniu, polegał na wymianie wizerunku starego bóstwa, na wizerunek nowego, czyli w tym wypadku, ukrzyżowanego Jezusa. Święte miejsca, i świątynie na nich postawione, były chrystianizowane, a wierni dostawali odpowiednią naukę, która miała im pomóc w przyjęciu nowych prawd. Większość kościołów Rzymskich, kiedyś było świątyniami pogańskimi, służącymi kultom daleko odbiegającym od moralnych norm Chrześcijaństwa. Zapytacie czemu was męczę tymi informacjami? Otóż możemy być pewni, że większość dzisiejszych kościołów Chrześcijańskich w Norwegii, została postawiona na miejscu w którym wcześniej, oddawano kult bogom pogańskim, a przynajmniej na miejscu uznanym przez ludność lokalną, za szczególnie uświęcone.

I tak dobrnęliśmy do głównego tematu tego felietonu. Wszyscy (przynajmniej ci z nas którzy mieszkają w Rogaland) wiemy gdzie znajduje się miejscowość Sola, a w niej port lotniczy dla miasta Stavanger. W bezpośredniej bliskości lotniska, oprócz przepięknych plaż Solastranden, znajdziemy dwa wyjątkowe miejsca, kamienny krąg w Soli, oraz stary kościół Ruinkirke. Dziś chcę opowiedzieć wam o jednym z nich. Sola Ruinkirke, niewielki kościół, kamienna budowla w stylu romańskim. Swoją nazwę „Ruinkirke” czyli „Ruiny kościoła”, zawdzięcza temu, że przez bardzo długi czas budynek stał w ruinie. Gmina Sola i samo miejsce na którym stoi kościół, posiada bardzo bogatą historię i związane jest z jednym z najpotężniejszych ludzi dawnej Norwegii.

Erling Skjalgsson, urodzony między 960 a 975 rokiem, zginął w 1027 lub 1028 roku. Ojcem Erlinga, był Torolv Skjalg („Skjalg” oznacza „zezowaty”). Erling Skjalgsson, był bliskim towarzyszem Olava Tryggvason, kiedy ten nie był jeszcze królem Norwegii. Gdy Olav Tryggvason zasiadł na Norweskim tronie, w 995 roku oddał Erlingowi Skjalgsson swoją siostrę Astrid za żonę, i uczynił Erlinga księciem wschodniego wybrzeża Norwegii. Tak właśnie Erling, stał się jednym z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi dawnej Norwegii. Postać Erlinga, wymieniana jest w Nordyckich sagach jako „Erling z Soli”. Chociaż nie wiadomo dokładnie gdzie mieściła się siedziba Erlinga z Soli, to najbardziej prawdopodobnym miejscem jest właśnie to w którym dzisiaj stoi Ruinkirke. Otoczenie Ruinkirke, to niezwykle żyzne pola Jaeren. Z miejsca w którym stoi kościół, rozciąga się widok na morze i złote plaże Jaeren. Kamienne Kościoły takie jak ten w Soli, budowano tylko w bogatych osadach wzdłuż wybrzeża Norwegii. Sola Ruinkirke, wybudowany w 1150 roku, a wyróżnia się spośród innych tego typu budowli tym, że jako jedyny w Norwegii, jest kościołem dwupiętrowym. Wysokość budowli, sprawiała, że stał się on znaczącym punktem orientacyjnym dla żeglarzy, na przestrzeni wielu wieków. Ruinkirke był Chrześcijańską świątynią aż do 1842 roku. Powstanie wielu nowych osad wokół Sola, zdecentralizowała aktywność społeczną i życie religijne, co sprawiło że Sola Ruinkirke zaczął popadać w ruinę. W roku 1872, zrujnowany już kościół, kupił artysta malarz Johan Bennetter, i uczynił z niego swoje mieszkanie i pracownię. W 1907, rodzina Bennetter wybudowała sobie nowy dom, a Ruinkire znowu zaczął popadać w ruinę. Podczas okupacji, w 1940 roku, Niemcy obawiali się że wysoka ruina kościoła, będzie dobrym punktem orientacyjnym dla Angielskich lotników, rozebrali więc resztę ruin, składając kamienie na jednym stosie. Niemcy, rozbierając kościół, oznaczyli każdy z pojedynczych kamieni w taki sposób, aby było wiadomo z jakiego miejsca został zdjęty. Dzięki temu, późniejsza odbudowa Ruinkirke, była znacznie ułatwiona. Do dzisiaj można dostrzec na kamieniach znaki, pozostawione przez Niemców. Gmina Sola, zdecydowała się na przeprowadzenie badań archeologicznych i odbudowę Sola Ruinkirke, dopiero w latach osiemdziesiątych. Warto wybrać się tam, i zobaczyć jak dziś wygląda Ruinkirke. Dziś nie jest to już miejsce kultu, chociaż ze względu na położenie i niezwykłe piękno samej budowli, Ruinkirke często wybierany jest przez pary narzeczonych, jako kościół w którym chcą celebrować swoje zaślubiny. Warto odwiedzić to miejsce także z innego powodu. Jak wspomniałem w prologu do tego felietonu, obszar na którym znajduje się Ruinkirke, od wieków był miejscem do którego przybywali okoliczni mieszkańcy, aby kontaktować się z swoimi bogami. Przychodzili, by przedstawiać bogu swoje troski, obawy, prośby, albo żeby podziękować za otrzymane łaski. Składali ofiary, by zjednać sobie siły, których nie rozumieli, których się obawiali. Składano tam wieczyste obietnice, ślubowania, naradzano się, podejmowano życiowe decyzje. Setki pokoleń mieszkańców tych ziem, wypełniało to miejsce swoją realną obecnością.

Była wiosna rok 1753, kiedy do Ruinkirke przyszedł Eryk Frode, szkutnik z Soli, by podziękować za to co przydarzyło mu się w ostatnim czasie. Eryk był silnym człowiekiem, i zawsze potrafił poradzić sobie z każdym kłopotem. Mocny mężczyzna, ciężko pracował jako szkutnik, naprawiając łodzie rybackie. Wszystko co posiadał, to odziedziczone po ojcu narzędzia stolarskie, i drewniany dom który wybudował własnymi rękami, na niewielkiej dzierżawionej parceli. Eryk jako mężczyzna pogodny i uczynny, był osobą lubianą przez innych. Ciężka praca szkutnika, nie pozostawiała Erykowi zbyt wielu chwil wytchnienia, a te które czasem się przydarzały, Eryk spędzał na brzegu morza, wpatrując się w piękno morskiego pejzażu. Wraz z upływem czasu, Erykowi zaczęła doskwierać samotność. Chwytał wtedy za swoje narzędzia, by oderwać się od smutnych myśli robił drewniane pudełka, z odpadów drewna które przynosił sobie z szkutniczego warsztatu. Drewniane szkatułki różnej wielkości, wypełniały jego dom i właściwie nie było już miejsca na nowe. Zwykle, jego pudełka były zwyczajne proste, ale czasami Eryk pod wpływem swoich emocji, ozdabiał pudełka misternymi ornamentami, drobnymi symbolami które pojawiały się w jego wyobraźni. Z czasem, rzeźbione ozdoby na pudełkach, stały się tak precyzyjne i misterne, że sam Eryk nie mógł zrozumieć jak to możliwe że wyszły spod jego rąk. Pewnego dnia, Eryk naprawiał łódź Olafa, starszego rybaka z Soli. Olaf dostrzegł na warsztacie Eryka, jedno z jego pudełek wypełnionych drobnymi narzędziami. Solidność i kunszt z jakim pudełko było zrobione, urzekły Olafa na tyle że zapragnął je odkupić od Eryka i zaproponował sporą sumę. Eryk zdziwił się trochę taką propozycją, ale ponieważ w domu miał mnóstwo takich pudełek, bez wahania sprzedał jedno Olafowi. Po kilku dniach, w warsztacie Eryka pojawiło się więcej chętnych na zakup drewnianych szkatułek. Wieść o zdolnościach Eryka, szybko rozeszła się po okolicy, i już po miesiącu, Eryk sprzedał wszystkie swoje pudełka zarabiając naprawdę sporą sumę pieniędzy. Kiedy pojawili się kolejni kupcy, chętni by nabyć drewniane szkatułki, Erykowi pozostały już tylko te rzeźbione, jednak tych szkatułek Eryk nie chciał sprzedawać. Czuł, że zawarł w nich część swojej osobowości, miał świadomość tego, iż ornamenty które umieścił na szkatułkach, wypłynęły z jego duszy, a jego palce w niewiadomy sposób, wyrzeźbiły je na drewnianych ściankach szkatuł. Eryk nie mógł ich sprzedać, ale mógł je podarować. Zapakował zatem wszystkie rzeźbione szkatułki, i zabrał do warsztatu w którym pracował, by porozdawać je każdemu kto pojawi się z zamiarem kupna. Wszystkie jego prace, zniknęły już po kilku dniach. Jedna z pięknych szkatuł Eryka, trafiła też do domu Olafa. Olaf pomyślał, że tak piękne pudełko, będzie wspaniałym prezentem dla jego siostry Moniki, która niebawem miała obchodzić urodziny. Gdy Monika otrzymała swój prezent, piękną szkatułkę zbudowaną z kontrastujących ze sobą kolorami, fragmentów dębowego i sosnowego drewna, dodatkowo ozdobioną niezwykle drobnymi i pięknymi ornamentami, nie mogła uwierzyć że jest to dzieło wykonane przez prostego szkutnika z Soli. Całymi dniami, wpatrywała się w ornamenty, i za każdym razem odkrywała w nich nowe piękno. Pewnego poranka, gdy Monika zbudziła się i otworzyła oczy, zobaczyła swoje drewniane pudełko w blasku porannego słońca. Światło padające na rzeźbienia, niezwykle współgrało z kwiecistymi rozetami umieszczonymi na wieku szkatuły. Widok ten tan poruszył Monikę, że postanowiła poznać Eryka osobiście… Kilka miesięcy później, Eryk poszedł do Kamiennego Ruinkirke, by podziękować za miłość, a jako dowód wdzięczności, zostawił tam zrobioną przez siebie szkatułę, zdobną w tak piękne ornamenty, jakich do tej pory nikt nie widział. Losy szkatuły nie są znane, ale chodzą słuchy, że przebywając w pobliżu Ruinkirke, ludzie odkrywają w sobie niezwykłe talenty, których nigdy wcześniej nie dostrzegali. Może zatem, warto udać się do Sola Ruinkirke, by otworzyć się na nowe możliwości?

#kaftanblady

Stavanger KaftanBlady 27.10.2018



294 wyświetlenia1 komentarz

© 2023 by The Book Lover. Proudly created with Wix.com