top of page

Czarna Valhalla część 1

         Samolot wylądował na lotnisku w Stavanger kilkanaście minut przed czasem. Po cichu liczyłem na to, że uda mi się kupić w bezcłowym moją ulubioną whiskey. Wysiadając z samolotu, od razu wyczułem w powietrzu charakterystyczną mieszankę zapachów, krowiego nawozu i głęboki aromat mokrego torfu, który o tej porze roku jest wyjątkowo intensywny. Nigdy bym nie przypuszczał, że właśnie ten torfowy aromat tak bardzo zawładnie moją podświadomością.

Z butelką whiskey w lotniskowej reklamówce skierowałem się na parking, gdzie czekał już na mnie samochód Norweskiego Instytutu Historii Dawnej. Po wymianie zwyczajowych uprzejmości z kierowcą, wsiadłem do auta i już po chwili mogłem podziwiać  wyjątkowe krajobrazy dystryktu Rogaland.  Przyznam, że mimo iż w głębi duszy tego oczekiwałem, to trochę mnie zaskoczył nagły wyjazd do Norwegii szczególnie, że Skandynawowie nie należą do ludzi żyjących w pośpiechu. Tym bardziej otwierając kopertę z zaproszeniem na wykład, poczułem się niezręcznie widząc, że mam tylko kilka dni na przygotowanie materiałów.

W drzwiach instytutu przywitał mnie Magnar, przyjaciel z dawnych lat, z którym prowadziliśmy wspólne badania stanowisk w pobliżu Egersund. 

- Witaj przyjacielu, miło cię znów widzieć w naszych stronach, bardzo się cieszę, że przyjąłeś zaproszenie. Mam nadzieję że podróż minęła bez przygód? 

-A dziękuję, obyło się bez niespodzianek i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć. Wybacz, że tak bezpośrednio zapytam, ale bardzo mnie ciekawi co spowodowało tak drastyczne przyspieszenie norweskiego czasu?

-haha, widzę, że jak zwykle humor cię nie opuszcza…  no rzeczywiście trochę nas czas nagli, ale o tym porozmawiamy za chwilę. Zapraszam cię do auli, tam już czeka na nas kawa i pozostali uczestnicy. Jestem przekonany, że po tym pierwszym spotkaniu również i ty dostaniesz tej samej gorączki. Plan spotkania jest taki: najpierw głos zabierze Nils, człowiek z Uniwersytetu w Oslo prowadzący wykopaliska na Błękitnym Wzgórzu. Zaraz po nim, trochę historycznego podkładu da nam Ingrid, Profesor  Sztokholmskiego Instytutu Historycznego, a potem poprosimy Ciebie o zabranie głosu.

-Ufam, że nie wpuszczasz mnie na jakiś grząski grunt.. weź pod uwagę, że nie dałeś mi zbyt wiele czasu bym mógł się przygotować.

-Nic się nie martw, za chwilę wszystko zrozumiesz. Uwierz mi, właśnie wchodzisz do przedsionka raju archeologów.. wejdź proszę, wszyscy czekają już tylko na nas.

Po przekroczeniu drzwi auli, natychmiast przykuł moją uwagę wyświetlany na ekranie obraz jakiegoś stanowiska archeologicznego, z wyraźnie widocznym zarysem Drakkara. Zatem mamy do czynienia z królewskim pochówkiem - pomyślałem.  Było jednak coś nietypowego w tym obrazie. Królewskie kurhany zawsze kształtem przypominały Drakkar, ale nigdy odwrócony do góry dnem. Stałem tak chwilę wpatrując się w zagadkowy obraz i nawet nie zauważyłem kiedy, panujący wokół zgiełk zastąpiła grobowa cisza. Oczy wszystkich wpatrywały się we mnie w milczeniu, jak bym był duchem. 

-Tak Tak, to właśnie ten sam profesor Waldemar Stachowski, który w 2004 roku na obrzeżach Egersund wraz z nieodżałowaną małżonką Moniką, dokonali pierwszego w historii odkrycia kurhanu tak zwanej „Czarnej Valhalli”. Witamy serdecznie profesorze….

Po tym przedstawieniu wśród gromkich braw, zająłem wyznaczone mi miejsce. Znowu poczułem zapach mokrego torfu, a przed oczami stanął mi obraz sprzed lat, obraz, który zawsze powracał w najmniej odpowiednim momencie. Widok martwego ciała Moniki zmieszanego z torfowym błotem, artefaktami ze stanowiska i kośćmi pochowanych w kurhanie… i te strużki krwi wsiąkające w Drakkarowe belki.  Uniosłem głowę wysoko w górę by napływające do oczu łzy, nie spłynęły mi po policzkach.

 

***

Do hotelu dotarłem późnym wieczorem z zaawansowanym bólem głowy. Mimo to, zabrałem się za wertowanie wręczonych mi sprawozdań z wykopalisk na Błękitnym Wzgórzu. Z informacji przedstawionych na prezentacjach, a szczególnie z wykładu Ingrid, dowiedziałem się, że mamy do czynienia z czymś zupełnie dotąd nie znanym. Drakkar odwrócony do góry dnem odczytano jako kolejny symbol „Czarnej Valhalli”. Odkryte wokół niego artefakty, także mogą sugerować słuszność tej teorii, szczególnie szkielet wilka, w którego pysku znajdował się szpon kruka. Mimo tak oczywistych znaków, wciąż dręczyły mnie wątpliwości, a może to mój wrodzony sceptycyzm? Na domiar złego, odkąd wysiadłem z samolotu zaczęły nawiedzać mnie koszmarne wizje z przeszłości, boleśnie kąsając moją duszę. Nie pomagało mi to w pracy i wciąż musiałem zmuszać się do zachowania choć odrobiny obiektywizmu.

Następnego dnia rano, Magnar zabrał mnie do Błękitnego Wzgórza. Potworna ulewa uniemożliwiła nam zejście do wykopu. Mimo solidnej zabudowy całego stanowiska, woda przesiąkała wszędzie wokoło. Nie mogło mnie to jednak powstrzymać od tego by przyjrzeć się z bliska temu miejscu, a szczególnie głównej przyczynie całego zamieszania, czyli domniemanej pieczęci „Czarnej Valhalli”.  Natychmiast przypomniały mi się runiczne teksty z wcześniej odkrytego przez nas „zwoju przeklętych”. 

..serca plugawego, przeklęty przez czas, na krawędzi świata z demonami obcujący, po wierzchu w złocie, w środku zaś robactwem toczony, nawet przeklęta ziemia wypluje jego truchło .. Ojcowie w Valhalli wyklęli jego imię… Król złotem zarażony na wieczne potępienie skazany..

Idealnie pasował ten opis, do miejsca w którym się znajdowałem. Nazwa Błękitne Wzgórze, pochodzi z legendy, która głosi, że właśnie tu znajdowała się ogromna pustka w ziemi z której wiało śmiercią. W tę ciemną czeluść ciśnięto ciało zabitego przez demony króla Ragnara wraz z całym jego złotem. Miejsce to, często spowija błękitno blada mgła, stąd nazwa „Błękitne Wzgórze”. Niewielki kurhan wyglądał jakby rzeczywiście ziemia z odrazą wyrzygała jego zawartość, odsłaniając wywrócony do góry dnem Drakkar.

Magnar wskazał palcem sporej wielkości stelę wystającą z bagnistej ziemi. Spojrzałem w jej kierunku, jednak nie zobaczyłem steli, zamiast tego, widziałem majaczącą w ciemności postać stojącą w deszczu i wpatrującą się we mnie przenikliwie, oczami błyszczącymi zielenią. Przez moje ciało spłynęła fala gorąca, żołądek ścisnął się do granic możliwości, a serce skoczyło mi do gardła pompując zbyt duże dawki krwi. Poczułem jak z moich oczu wprost do ust, płynie stróżka łez. Dobrze znam ich smak, nazbyt często ostatnimi czasy przyszło mi się nimi raczyć.

-Waldemar !! Waldek !! słyszysz mnie?

Krzyki Magnara przywołały mnie do rzeczywistości. Spojrzałem w jego kierunku i zobaczyłem jak jego oczy robią się wielkie niczym księżyc w pełni.

- Waldemar co ci jest, czemu płaczesz?

-Co? A to nic, przepraszam cię, to wciąż powracające wspomnienia.

Sięgnąłem do kieszeni po chusteczkę, przetarłem twarz i już wiedziałem że podjąłem właściwą decyzję przybywając tutaj. Zerknąłem w stronę steli, by przekonać się czy czarna postać wciąż tam stoi. Nie było nikogo, tylko kawałek ociosanej skały obmywany strugami deszczu.

-To nie może tak być, Waldemar nie możesz się tak zadręczać jej śmiercią. Monika była pełna energii i jestem przekonany, że nie chciałaby abyś pogrążył się w przygnębieniu. Pamiętasz jak powtarzała? „badajmy przeszłość kochani, ale żyjmy dzisiaj i zdobywajmy  jutro” zapomniałeś?  

 -Zapomniałem??  jeg har ikke glemte det!!  PAMIĘTAM!! W najmniejszym szczególe PAMIĘTAM!!  Jej ciepły głos, dłonie delikatne jak różane płatki, zawsze nieuczesane włosy pachnące wiatrem, ubrania porozrzucane wszędzie według tylko jej znanego schematu. Magnar, jak mógł bym to zapomnieć? To wryte jest we mnie głębiej niż runy na tej sterczącej w bagnie steli. Pamiętam też to, jak z jej ust wypływa spieniona krew i jej cudownie zielone oczy, zalepione torfowym błotem.

Tak Magnar pamiętam jej ciało, zmieszane z kośćmi  z kurhanu. Co noc wyję z bólu na myśl o tym i właśnie dlatego tu jestem. I Wiesz co, ja przyjechałem tutaj, żeby do niej dołączyć!! Rozumiesz?

-Waldek proszę Cię usiądź, uspokój się, tak rozumiem cię, albo nie rozumiem.. ehhh ja nie wiem.. helvete!! Waldek wybacz mi proszę. Myślałem, że właśnie stanęliśmy u progu rozwikłania tej piekielnej zagadki. Mnie też bardzo dotknęła śmierć Moniki. Wciąż o tym myślę i zastanawiam, czy gdybyśmy wtedy przerwali prace, zapanowali nad gorączkowym pragnieniem odkrycia starych tajemnic, gdybyśmy chociaż zatrzymali się na chwilę, by na trzeźwo ocenić sytuację… może Monika byłaby wciąż z nami. 

-Może tak, może nie, któż to wie. Pozwolisz że przyjrzę się tej steli? Chciałbym zobaczyć ten klucz do mojej…. no mniejsza z tym. Próbowaliście odczytać te znaki?

-Tak, Ingrid ze swoimi dziewczynami zajmowały się tym od momentu wydobycia steli z bagna. Poza tym co już usłyszałeś z jej referatu, na razie nic więcej nie ujawniła.

-No dobrze, idę zaspokoić swoją ciekawość. Potem jeżeli mogę Cię prosić, zabierzesz mnie do hotelu? Osłabił mnie ten dzisiejszy dzień.

-Nie ma mowy o żadnym hotelu. Zabieram cię do siebie brachu.

 ***

Żeby uniknąć zbędnych dyskusji z Magnarem, dałem się namówić by zabrał mnie do domku gościnnego przy jego posiadłości. Lubiłem to miejsce i wiedziałem, że będzie mi tam wygodnie, choć obawiałem się kolejnej fali niepokojących wspomnień. On koniecznie chciał mieć mnie na oku, a poza tym znacznie ułatwi nam to dalsze prace.

Kiedy już znalazłem się sam, rozpakowałem swoje rzeczy, wziąłem prysznic i wskoczyłem pod zimną kołdrę. Leżałem tak rozważając wydarzenia ostatnich godzin, a zwłaszcza to, co udało mi się wypatrzeć na tej nieszczęsnej steli. Ciekaw byłem, czy Ingrid specjalnie przemilczała istnienie znaków, które tam dostrzegłem, czy po prostu ich nie odkryła. Z doświadczenia wiem, że ludzie którzy uznają się za „wierzących”, w dziwny sposób stają się ślepi na tego typu symbolikę. Tak jakby wzorzec moralny narzucony przez wiarę, zamykał im umysły na resztę prawd, które przecież są obecne w świecie. Mój ulubiony temat na poparcie tej teorii, to fragment starotestamentowej dyskusji Mojżesza i Faraona, w Biblijnej  „Księdze Wyjścia”. Magowie faraona rzucają swoje laski do stóp Mojżesza, po czym magicznie przemieniają je w węże. Mojżesz nie pozostaje bierny, również rzuca swoją laskę, która mocą Boga przemienia się w węża, pożerając węże magów. Jeżeli Mojżesz działał mocą Bożą, to od kogo pochodziła moc magów Faraona? Na to pytanie każdy daje jedną odpowiedź, oczywiście od diabła. Zatem wszyscy wierzący w Biblijne słowa, czy to Hebrajczyk, czy Chrześcijanin, czy Muzułmanin, powinni zdawać sobie sprawę z realnego istnienia złej mocy, która może ujawniać swoją emanację, na przykład w postaci czarnej magii. Ta z kolei może być brzemienna w skutkach swojego działania także i w dzisiejszych czasach. Problem w tym, że ten zrelatywizowany świat, w którym przyszło nam żyć, przeszkadza w zachowaniu otwartości umysłu. Zamykane są przed nami kolejne przestrzenie, redukują nas do poziomu bardziej zaawansowanego komputera.

Na wpół śpiący, snując tak swoje rozważania, kątem oka dostrzegłem płynące obok mnie bezkształtne cienie. Zacisnąłem mocno powieki i zapragnąłem snu.

Nazajutrz wstałem z łóżka nadzwyczaj wypoczęty. Mimo otaczającego mnie chłodu, zerwałem z siebie kołdrę i usiadłem na skraju wielkiego dębowego łoża. Kiedy postawiłem nogi na podłodze, poczułem że depczę po czymś mokrym. Spojrzałem w dół i zobaczyłem czerwono rdzawe, mokre ślady stóp. Rozejrzałem się po pokoju i dotarło do mnie, że to co widziałem wczoraj to nie były tylko majaki senne. Wszędzie wokół mnie podłoga pokryta była krwawego koloru śladami bosych stóp. W tym momencie usłyszałem pukanie do drzwi i głos Magnara nawołujący moje imię.

-Wejdź proszę, już nie śpię.

Magnar wszedł do domku pogwizdując wesołą melodię, lecz pewnej chwili znieruchomiał i zbladł.

-Co to, skąd takie.. co się stało?

-Nie wiem, właśnie sam dostrzegłem to na podłodze. Czekaj chyba coś widzę.

Stanąłem wyżej na łóżku żeby lepiej ogarnąć wzrokiem całą podłogę i wtedy mnie zatkało. Zdałem sobie sprawę z tego, że wszystkie ślady na podłodze wyraźnie układały się w kształt runy Kenaz, runy symbolizującej ogień.

-Ona tu była!! Rany boskie, ona była tutaj w nocy!!

Magnar zaczął wodzić wzrokiem po podłodze po czym usiadł na stojącym obok krześle i zaczął płakać jak bóbr.

***

W 2004 roku, kiedy wraz z Moniką i Magnarem pracowaliśmy na kurhanie pod Egersund, w pobliskim muzeum odkryliśmy zapomniany zwój pokryty pismem runicznym. Z zapisu w muzealnej ewidencji wiemy, że ów zwój odnaleziony został w pobliżu miejsca, gdzie wtedy znajdowało się nasze stanowisko z otwartym kurhanem. Nikt nie interesował się tym zwojem aż do momentu, w który Monika przekopując muzealne zbiory, zwróciła uwagę na specyficzne ułożenie znaków runicznych na zwoju. W tym przypadku runy układały się w odwrotnym kierunku. Zaczęliśmy badać znaczenie tych znaków i powoli, głównie dzięki skrupulatności i wytrwałości Moniki, odkryliśmy, że mamy do czynienia ze zbiorem sentencji magicznych, będących pewną formą węzła mocy. Jedynym ich zadaniem jest skupienie i związanie przeklętego ducha. Monikę tak pochłonęło badanie tego zwoju, że zatraciła zupełnie poczucie rzeczywistości. Rozemocjonowana, biegała między muzeum a odkrywką, dokopując się do coraz to nowych faktów, wygrzebując coraz to nowe sensacje. Sprawa była zaiste wyjątkowa, ponieważ wszystko wskazywało na to, że odnaleźliśmy jeden z zaginionych kurhanów „Czarnej Valhalli”, czyli miejsca przebywania króla Ragnara, wyklętego przez samego Odyna. Ragnar był królem przesiąkniętym nienawiścią do wszystkiego co żyje. W swoim szaleństwie mordował każdego kto mu się sprzeciwił i zagarniał wszystkie jego bogactwa. Zyskał sobie miano „Króla w złocie skąpanego” albo, jak nazywał go prosty lud, „Króla plującego żółcią”. Monika po poskładaniu wszystkich faktów odkryła to, że kurhan w którym prowadzimy nasze badania, może być miejscem związania jednego z kompanów Ragnara.

Bardzo martwiłem się o Monikę. Widziałem, że zatraca się w tym co robi. Próbując wejść w mentalności ludzi z epoki, w ich wierzenia, lęki, pragnienia, wyobcowała się zupełnie z otaczającej ją rzeczywistości. Mimo to, ani ja ani reszta ekipy, nie mieliśmy dość odwagi by ją przywołać. Ludzie z natury władczy, a do takich należała Monika, w pewnym sensie stają się niewolnikami własnej niedostępności. Nie znajdując obok siebie nikogo, kto stawił by opór, kto choć odrobinę zachwiałby poczuciem ich własnej nieomylności, zapadają się niczym Czarna Dziura, pod ciężarem własnego autorytetu. Opamiętanie przychodzi dopiero w konsekwencji jakiejś tragedii.

Któregoś poranka, kiedy jak zwykle przybyłem na odkrywkę, moim oczom ukazał się obraz którego nigdy nie zapomnę. Obraz, który wciąż przywołuje najpotworniejsze emocje jakie wówczas na mnie spadły. Jak zwykle pierwsza na stanowisku Monika, zapewne nie zachowała należytej ostrożności. Wyglądało na to, że poślizgnęła się i upadając uderzyła o znajdujący się tam kamień, śmiertelnie rozbijając sobie głowę. Zobaczyłem martwe ciało Moniki wymieszane z błotem kurhanu, razem ze wszystkim co tam znaleźliśmy. Z jej pokaleczonego ciała sączyła się strużka krwi, wsiąkając w zmurszałe belki grobowego Drakkara. Patrząc na ten obraz, poczułem jak część duszy wymyka się z mojego ciała. Poczułem, że umieram wraz z nią. Moja ukochana, moja zawsze piękna w świetlistym uśmiechu i piękna w mrocznej złości, delikatna i silna, krucha i stanowcza, ta która zawsze wiedziała, ta która zawsze była, szkielet mojego świata…

Monika zawsze chciała zostać pochowana zgodnie z rytuałem Vikingów. Jej ciało wraz z wszystkim co miała przy sobie, zostało złożone na stosie i spłonęło.

Wciąż nie mogłem pozbyć się głębokiego poczucia zaniedbania i winy. Świadomości, że zawiodłem. Między innymi dla tego ucieszyłem się, gdy w mojej skrzynce na listy znalazłem zaproszenie do Instytutu w Stavanger. Teraz widzę, że to było wezwanie od Moniki, tej jej cząstki która ciągle pozostaje gdzieś tutaj.

 

***

Postanowiłem, że udam się na miejsce naszych dawnych wykopalisk. Chciałem być sam, wynająłem więc samochód i wzdłuż wybrzeża prosto drogą 44, pojechałem w kierunku Egersund. Słońce odbijało się od powierzchni morza, a odsłonięte odpływem kamieniste wybrzeże, pełne było ucztujących ptaków. Miałem nadzieję, że uda mi się odnaleźć to miejsce co do którego oboje nie byliśmy pewni, czy jest częścią konstrukcji grobowych, czy zwykłym zwaliskiem głazów zgromadzonych w jednym miejscu, przez oczyszczających swoje pola farmerów. To usypisko, jako ostatnie pozostało nietknięte przez naszą ekipę. Coś mi jednak podpowiadało, że tam właśnie znajdę wskazówki, które pomogą mi rozwikłać tę szaloną łamigłówkę. Kiedy dotarłem na miejsce słońce było już nisko nad horyzontem, a majaczący w oddali kurhan rzucał długi cień. Wokoło pasły się owce i wszędzie rozbrzmiewało dźwięczne brzęczenie owczych dzwonków.

Odczytane przeze mnie runy z kamiennej steli, których Ingrid nie odkryła, bądź nie chciała zdradzić ich istnienia, pozwoliły mi zobaczyć całą mistykę Czarnej Valhalli z zupełnie innej perspektywy. Myślę, że Monika też wyczuwała to wcześniej, tylko nie miała czasu by się tym podzielić. Jeżeli moja teoria była słuszna, powinienem szukać kolejnych runicznych znaków właśnie na tym zlekceważonym przez nas usypisku głazów. Rozglądając się wokoło w poszukiwaniu rumowiska, zwróciłem uwagę na miejsce, w którym kończył się długi cień rzucany przez kurhan. Dokładnie na jego końcu, na skraju małego zagajnika, zalegała sporej wielkości sterta głazów. Ruszyłem pospiesznie w ich kierunku. Im bliżej byłem celu, tym bardziej czułem narastające podniecenie. Nie mogłem opanować natłoku myśli, które na przemian to przynosiły mi nadzieję, to znów napełniały poczuciem przygnębienia. Stopy zapadały się w grząskim torfowym podłożu, a z każdym krokiem moje nogi stawały się co raz cięższe. Gdy dotarłem do pogrążonego już w cieniu kurhanu, kopca kamieni, zmęczony przystanąłem na chwilę by uspokoić oddech. Wtedy na jednym z kamieni dostrzegłem siedzącego pasterza owiec. Nie byłem pewny czy powinienem się odzywać, jednak chciałem jakoś wytłumaczyć moją tu obecność. Człowiek nawet nie zareagował na moje pozdrowienie, uniósł tylko lekko głowę, po czym znowu pogrążył się w swoim świecie. Pomyślałem że jestem bardzo blisko. Muszę wytrwać.

Mimo iż słońce już zaszło, wciąż było wystarczająco jasno bym mógł kontynuować moje poszukiwania. Obszedłem wokoło całe to miejsce zwracając szczególną uwagę na kamienie leżące na skraju usypiska. Zawsze miałem wiele szczęścia w wypatrywaniu zwietrzałych znaków na skałach, liczyłem na to, że także tym razem uda mi się coś znaleźć. Tak jak się spodziewałem, odnalazłem trzy znaki runiczne symbolizujące trzy żywioły, ziemi, wody i powietrza, brakowało mi jeszcze jednego, runy ognia. Obszedłem kopiec jeszcze kilka razy ale nigdzie nie znalazłem brakującego symbolu. Byłem trochę osłabiony i zrobiło mi się chłodno. Zachowując stosowny dystans usiadłem obok pasterza, przypatrując się jego nadzwyczaj delikatnym, wręcz kobiecym i dziwnie znajomym dłoniom spoczywającym na kolanach. Chciałem coś powiedzieć, a wtedy on uniósł głowę i spojrzał na mnie. Poczułem jak mój żołądek zaciska się, a serce podchodzi do gardła. Krew pulsowała w żyłach jakby chciała je rozerwać, a z moich oczu znowu zaczęły płynąć łzy. Widziałem to świetliste zielone spojrzenie przenikające moją duszę. Wszystko wokół mnie wirowało, a ja usiłowałem chwycić się czegoś by nie stracić poczucia rzeczywistości. Nie mogłem złapać oddechu jednak nie przeszkadzało mi to wcale, przeciwnie, czułem dziwne podniecenie jak wtedy, gdy pierwszy raz moje usta dotykały ust Moniki. Poddałem się tej świadomości i pojąłem, że właśnie tego pragnę. Znaleźć się w jej ramionach, objąć ją mocno i poczuć całym sobą. Usłyszeć jej westchnienia i słowa gorące jak ogień, które szepcze mi wprost do ucha. Pragnę ją dotykać każdym swoim atomem, każdą cząsteczką mojego bytu, każdym zmysłem, zjednoczyć się z nią w falującej ekstazie i zrozumiałem, że to właśnie teraz dzieje się ze mną. Monika była we mnie a ja w niej. Podarowała mi całą siebie a moja dusza była cała nią przesiąknięta. Wszystko zrozumiałem i zobaczyłem. Nasze złączone w Kenaz ciała tworząc symbol brakującego żywiołu, dopełniły rytuał przejścia. Świat wokół nas rozbłysnął zielenią i wszystko ustało.

Otworzyłem oczy. Było już zupełnie ciemno i cały trząsłem się z zimna. Moje odzienie przesiąknięte było mgłą, a każdy ruch sprawiał mi ból. Wokół pachniało mokrym torfem, a ja leżałem skulony na kamieniach. Cierpiąc z bólu, zmusiłem się do wysiłku by usiąść.

Gdy po powrocie Magnar spojrzał na mnie, z wyrazu jego twarzy wiedziałem, że nie muszę już nic wyjaśniać. Objął mnie i poprowadził do domu.

Po pół roku od tamtych wydarzeń opublikowaliśmy efekty naszej wspólnej pracy, wzbudzając niemałe zamieszanie w świecie badaczy historii Vikingów. Odtąd mogliśmy już tylko oczekiwać przybycia Walkirii, które poprowadzą nas w nową przyszłość.

Czarna Valhalla część 2

Zawsze najwięcej problemu sprawiało mi pisanie z zachowaniem odpowiedniego dystansu do treści jaką chcę przekazać. Męczyłem się już drugi tydzień z opisem ostatniego zaklęcia  pieczęci Czarnej Valhalli. Kiedy już zdawałoby się znalazłem optymalny schemat powiązań dla wszystkich symboli, zawibrował mój telefon zrywając delikatną sieć neuronowych połączeń w moim mózgu.

-Cześć Waldek. Słuchaj, Ingrid skarżyła się, że nie ma kontaktu z tobą…

-Serio? Hm… wiesz, o ile mi wiadomo, to Ingrid nie próbowała się ze mną kontaktować, zawsze wyręczała się swoją asystentką.

-Waldek proszę cię odezwij się do niej, ponoć to coś bardzo ważnego.

-Magnar, ja jestem trochę zajęty a do tego biedny, nie stać mnie na asystentkę i wszystko muszę robić sam. No ale dobrze, obiecuję, że w końcu zerknę do tych maili i odniosę się odpowiednio do treści.

-Super Waldku, dziękuję i trzymam cię za słowo. Swoją drogą to… a nie, lepiej nie. Daj znać co myślisz o tym i jak by co to znasz mój numer.

Chcąc mieć ten obowiązek jak najszybciej z głowy, odszukałem ostatnie maile z Sztokholmskiego Instytutu Historycznego. Ponieważ nie bardzo wierzyłem w to, że może tam być coś nietresującego, już po przeczytaniu pierwszego z nich byłem raczej zakłopotany. Chyba rzeczywiście nie doceniałem tej kobiety, a może po prostu w obronnym geście, podświadomie izolowałem się od silnych kobiecych osobowości, wciąż nosząc w sercu krwawiącą ranę po Monice. Chwyciłem za telefon i wybrałem numer Ingrid.

Dwa dni później siedziałem wraz z nią, w jednej z Gdańskich kawiarni, rozmawiając o specyfice klimatu tego miasta, smaku deseru o nazwie „Kostka Opium” i o tajemnicy drewna z grobowego Drakkara, przesiąkniętego krwią Moniki. Dowiedziałem się przy okazji, że Ingrid wie o moich ostatnich mistycznych przygodach i nawet rozumie co tak naprawdę się stało. Pomyślałem, że zatłukę Magnara, chociaż może to i dobrze, jego długi język oszczędził mi zbędnych tłumaczeń.

Ingrid, mająca dostęp do przepastnych archiwów Sztokholmskiego Instytutu Historycznego, doszukała się wielu brakujących i zaskakująco szczegółowych informacji na temat dawnych wierzeń Vikingów. Najbardziej nas interesujące były te, dotyczące losu wojowników, którzy z jakiegoś powodu nie zasługiwali na pośmiertne obcowanie z przodkami w Valhalli. Szczególnie interesujący był jeden przekaz, mówiący o „duchach przeklętych”, związanych w czeluściach Hel, skazanych na wieczne cierpienie. Właśnie to „wieczne cierpienie” przemawiało do mnie nad wyraz realistycznie. Gdzieś w głębi serca czułem i rozumiałem prawdziwość tego określenia. Przecież sam doświadczyłem potwornego dramatu, od którego nie było ucieczki. Cierpienia tak ciężkiego, że śmierć mogła wydawać się wybawieniem. Właśnie wtedy zrozumiałem desperację samobójców, pragnących w śmierci znaleźć ukojenie, uwolnić się od cierpienia duszy, które zdaje się nie mieć końca. Poczułem jak zimne dreszcze przelewają się przez moje ciało. Zbyt świeże to wspomnienia.

 -Gdzie jesteś Waldek? Co tobą tak wstrząsnęło?

To pytanie wyrwało mnie z pułapki czarnych myśli. Podniosłem głowę i zobaczyłem oczy Ingrid, wpatrujące się we mnie z niepokojem i ciekawością zarazem. Jej prawa dłoń dzierżąca łyżeczkę z kęsem deserowego ciastka, zawisła gdzieś w połowie drogi między talerzykiem a rozchylonymi jej ustami. Cały ten obraz wydał mi się jakiś nierzeczywisty, a jednak był zmysłowo realny.

-Przepraszam, to strzępy przeszłości… nic takiego.

-No dobrze Waldku. Zabierzesz mnie do pracowni? Chcę Ci coś pokazać.

Szliśmy „Długim targiem” przez gdańską starówkę. Ingrid nie przestawała mówić. Przedstawiała niezwykle logicznie wyciągnięte wnioski, trafnie kojarzone fakty, skrupulatnie wyważone argumenty z gęstą siecią alternatyw. Widziałem, że oddała się bez reszty badaniu tajemnic Ragnara. Jak bardzo przypominała w tym Monikę. Nawet nie zauważyłem kiedy, byliśmy już w pracowni. Ingrid wyjęła z torebki pendrive i podała mi go, przeszywając mnie spojrzeniem swoich wielkich brązowych oczu. Zwycięski wyraz twarzy zwiastował, że oto właśnie otrzymuję namacalne potwierdzenie wyższości kobiet nad mężczyznami. Bez zbędnych pytań podłączyłem go do komputera i zacząłem przeglądać tytuły zawartych tam katalogów. W jednym z nich umieszczone były spektroskopowe zdjęcia kamieni runicznych, znalezionych przy kamiennej steli, pieczęci „Czarnej Valhalli”. Po wykonaniu takich zdjęć, można było ułożyć kamienie w pierwotnym porządku, tak jak je złożono przy zamykaniu kurhanu. To właśnie była największa rewelacja, którą Ingrid osobiście chciała się ze mną podzielić. Treści odczytane z odpowiednio ułożonych kamieni, wskazywały kolejno imiona i miejsce pochówku wszystkich towarzyszy Ragnara, oraz co najistotniejsze, miejsce „związania” samego Ragnara. Kiedy pieczętowano kurhan, w pierwszej kolejności utworzono mozaikę kamieni runicznych, poukładanych obok siebie tak by tworzyły zapis imion i miejsc związania. Na tak przygotowaną podstawę, ułożono stelę z samym zaklęciem wiążącym, oraz sentencją oznajmiającą plugawość złożonych tam szczątków. Całość zamknięto przykrywając odwróconym do góry dnem Drakkarem.

Chociaż już wcześniej pojęliśmy na czym polega mistyka „Czarnej Valhalli”, to dopiero teraz mogliśmy w szczegółach poznać jej tajemnice. Wszyscy członkowie kompanii Ragnara musieli zostać „związani”, każdy w osobnym kurhanie. Magiczna separacja miała ostatecznie uniemożliwić ich ponowne nawet przypadkowe spotkanie, a tym samym połączenie  rozczłonkowanego zła, które ich wcześniej opętało.

Kiedy o tym rozmyślałem, przywołał mi się obraz z Starotestamentowej księgi Proroka Ezechiela Ez 37,1 :

„ ….Postawił mnie pośród doliny. Była ona pełna kości. I polecił mi, abym przeszedł dokoła nich, i oto było ich na obszarze doliny bardzo wiele. Były one zupełnie wyschłe. I rzekł do mnie <Synu człowieczy, czy kości te powrócą znowu do życia?>  Odpowiedziałem <Panie Ty to wiesz> Wtedy rzekł On do mnie <Prorokuj nad tymi kośćmi i mów do nich: Wyschłe kości, słuchajcie słowa Pana. Oto ja wam daję ducha abyście stały się żywe. Chcę was otoczyć ścięgnami i sprawić, byście obrosły ciałem, i przybrać was w skórę, i dać wam ducha po to abyście ożyły, i poznały że ja jestem Pan>. I powstał szum i trzask, i kości jedna po drugiej zbliżały się do siebie. I patrzyłem, a oto powróciły ścięgna i wyrosło ciało, a skóra pokryła je z wierzchu, ale jeszcze nie było w nich ducha. I powiedział On do mnie <Prorokuj do ducha, tak powiada Pan, z czterech wiatrów przybądź, duchu, i powiej po tych pobitych by ożyli> I prorokowałem jak mi nakazał, i duch wstąpił w nich, a ożyli i stanęli na nogach…. Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów…

To proroctwo Ezechiela zawsze działało na moją wyobraźnię. Przez pryzmat tych słów, można wręcz poczuć jak ważne jest mieć kogoś, kto stanie u twego boku szczególnie wtedy gdy czujesz się martwy. Kto otworzy usta i zacznie przyzywać cię do życia, właśnie wtedy kiedy sam już powstać nie możesz. Tego chciano uniknąć zamykając kurhan Ragnara i rozpraszając aurę jego nienawiści, by nikt już nie zdołał prorokować nad jego prochem.

Jeszcze tego samego dnia zdecydowaliśmy się udać do Stavanger, by rozpocząć przygotowania do poszukiwań kurhanu Ragnara. Nie chcieliśmy tracić czasu na pochówki pozostałych jego kamratów. Najważniejsze było potwierdzenie słuszności naszych teorii i pokazanie światu wrót  „Czarnej Valhalli”. Po kilku telefonach do Magnara, mieliśmy już wstępny plan działania. Ingrid umówiła ekipę studentów z Sztokholmu, która będzie nam pomagać w pracach ziemnych. Magnar miał poczynić stosowne przygotowania do wykopalisk, pozyskując niezbędne pozwolenia i zaplecze techniczne. Jeżeli dobrze odczytaliśmy runiczny kod spod steli, kurhan króla Ragnara powinien znajdować się w bezpośredniej bliskości Stavangerskiego lotniska Sola. To nam trochę komplikowało plany, ponieważ takie miejsca zawsze są obwarowane szczególnymi przepisami bezpieczeństwa. Mimo to szczęście nam sprzyjało. Właśnie w okolicy lotniska Sola, w niewielkim zagajniku leśnym, znajduje się dziwna jak na Skandynawie, konstrukcja kamienna. Ze względu na charakterystyczny kształt, kamienny krąg z Soli nazywany jest „Skandynawskim Stonehenge”. Miejsce to już jakiś czas temu stało się dość znaną atrakcją turystyczną i pozyskanie zezwoleń na jego badanie powinno być tylko formalnością. Zaczniemy zatem od tego miejsca, a w międzyczasie może uda się pozyskać zgody na inne obiecujące miejsce w okolicy „Ruin Kirke”, starego kościoła, wybudowanego w 1100 roku, w miejscu jak wówczas mawiano „szczególnej energii duchowej”. 

***

Kolejny raz nie wiem już który, znalazłem się w Stavanger. Magnar oczywiście nie chciał słyszeć o żadnym hotelu, po prostu zawiózł mnie do swojego domku gościnnego oznajmiając, że mam czuć się jak w domu. Podczas kolacji pokazał mi wszystkie niezbędne dokumenty, pozwalające na otwarcie stanowisk archeologicznych na terenie „kamiennego kręgu” w Soli.

-Waldek, wspominałeś coś że jesteś biedny i nie stać cię na asystentkę?

-No bo to prawda, ale czemu pytasz? Masz dla mnie jakąś asystentkę?

-Hehe.. no nie, ale mam coś innego. Weź proszę te papiery i zapoznaj się z nimi jak najszybciej, a najlepiej teraz.

Magnar podał mi kilka dokumentów opatrzonych logiem Norweskiego Instytutu Historii Dawnej. Z ich treści wynikało, że oto ten właśnie NIHD oferuje mi stanowisko eksperta naukowego, z umową na czas nieokreślony i roczną gażą w wysokości 3,2 mln koron norweskich brutto. Ponad to otrzymuję do mojej dyspozycji służbowy samochód Toyota Ladn Cruiser. Czytałem te dokumenty z uwagą i zastanawiałem się co z tym zrobić. Z jednej strony miałem ochotę odetchnąć z ulgą, otwierając drzwi do świetlanej przyszłości.. z drugiej strony, miałem przecież całą swoją historię zakorzenioną w Uniwersytecie Gdańskim i nie mogłem ot tak..

-Wiem co czujesz Waldek, dlatego już teraz mówię ci, że na ostatniej karcie tej umowy znajdziesz rozwiązanie twojego dylematu. Zwróć uwagę, że NIHD nie wymaga wyłączności na twoje prace. Możesz pozostać pracownikiem Uniwersytetu Gdańskiego, a wyniki naszych wspólnych badań będą ogłaszane właśnie jako takie, czyli wspólne. To oznacza, że istnieje porozumienie między instytucjami. I wiesz co?  podpisz to najlepiej teraz i nie dziękuj proszę.

Magnar podał mi pióro, patrząc mi w oczy i uśmiechając się ze szczerą życzliwością.

-Zatem, właśnie zostałem milionerem?

-Na to wygląda przyjacielu. Jestem bardzo szczęśliwy z tego faktu i dla tego podnieśmy szklanki Waldek i wypijmy za to - skål !!!

- Skål !!!

Obudziłem się rano cały obolały, a moja głowa oznajmiała mi, że wczoraj nie skończyło się na jednej szklaneczce. Na sofie obok mnie spał Magnar, a na stole stały dwie puste butelki. W tym momencie usłyszałem samochód zajeżdżający na żwirową nawierzchnię przed domem. Zbudziłem Magnara i sam poszedłem otworzyć drzwi.

-God morgen!! Dzień dobry koledzy!! No proszę, znaczy świętowaliście beze mnie?

Ingrid z wyraźnym trumfem na twarzy weszła do domu rozglądając się po salonie taksującym wzrokiem.

-Dzień dobry Ingrid. Nie spodziewaliśmy się, że tak szybko do nas dołączysz. Nie stoi nic na przeszkodzie żeby to nadrobić.

-O nie kochani, nie ma teraz czasu na takie zabawy. Dziś na Kamienny Krąg wchodzi ekipa z georadarami. Zatem moi drodzy idźcie się odświeżyć, a ja zrobię śniadanie. Magnar pozwolisz, że opanuję twoją kuchnie?

Magnar spojrzał na mnie wybałuszonymi oczami, po czym porozumiewawczo skinął głową udając się do łazienki.

Nakarmionych i odświeżonych, Ingrid zawiozła nas na stanowisko. Ogrodzony teren wokół kamiennego kręgu pełen był krzątających się tam techników, którzy właśnie dzielili obszar na kwadraty, opatrując każdy z nich współrzędnymi GPS. Zaraz po nich pojawiło się dwóch inżynierów z georadarem, dwukrotnie skanując cały teren. Niestety wstępne wyniki badań geomagnetycznych i georadarowych wypadły raczej mało obiecująco. Przez setki lat, wiatry nawiewały tam piach z pobliskiej plaży. Z czasem całe miejsce porosło wydmową roślinnością, a dzisiaj jest tam już niewielki zagajnik. Kamienny krąg został odkryty niedawno przez przypadek i po wstępnym oczyszczeniu tego miejsca, udostępniono go zwiedzającym jako ciekawostka historyczna, której przeznaczenie nie do końca jest jasne. Na wykresach geomagnetycznych wyraźnie widać było tylko chaos jaki tam panował. Specjaliści od interpretowania wykresów, zwrócili uwagę na szczególne zróżnicowanie w odczytach z georadarów. Na końcowe wyniki badań i fachową interpretację geologiczną, musieliśmy jednak poczekać jeszcze kilka dni.

Nie byłem zadowolony z tego, że prace rozpoczęły się tak szybko. Właściwie nie miałem nic przeciwko pośpiechowi, ale wcześniej chciałem po prostu poczuć to miejsce. Jeszcze tego samego dnia wieczorową porą, pojechałem ponownie do kamiennego kręgu. Usiadłem przy północnym kamieniu wsłuchując się w brzmienie tego miejsca. Tego mi właśnie brakowało. Siedząc w bezruchu, próbowałem poczuć ukryte wymiary zawsze obecne w miejscach takich jak to. Nie wiem czy to jeszcze wypity wczoraj alkohol, czy może nadmiar tlenu w powietrzu, sprawiły że poczułem jak moje ciało lekko drży. Jakby z zimna, albo nerwowego napięcia czułem, że moje mięśnie spinają się lekko. Poddałem się temu uczuciu, a w myślach  zacząłem recytować jedno z zaklęć kamieni runicznych. „..życie w pogardzie miałeś, a ono  wzgardziło tobą. Niewinność we krwi utopiłeś, winy zadławiły twą duszę..” recytując te słowa, coś zmusiło mnie by powstać. Chodziłem po okręgu dotykając kolejno każdego z ustawionych tam kamieni i nawet nie zauważyłem kiedy, cały krąg pogrążył się w błękitnej mgle. Wszedłem do środka kręgu i  siadając na kamiennym stole tam umieszczonym, poczułem zapach mokrego torfu. Wtedy zrozumiałem że znowu się udało. 

***

Dwa dni później, siedzieliśmy w auli NIHD, gdzie inżynierowie od geologii tłumaczyli wyniki pomiarów z kamiennego kręgu, oraz przedstawili wysunięte na ich podstawie wnioski. Można być pewnym, że pod wschodnim kamieniem kręgu, znajduje się dość duża pusta przestrzeń.

I to była dobra wiadomość, jednak same pomiary geomagnetyczne nie miały żadnego sensu. Wschodni kamień, który znajdował się nad pustą komorą, wykazywał zupełnie inną polaryzację pola, tak jak by pochodził z zupełnie innego miejsca. To samo dotyczyło kilku innych kamieni ustawiony na obwodzie. Patrząc na rozkład pól magnetycznych zobrazowanych na wyświetlanym slajdzie, dostrzegłem pewną prawidłowość, tę samą którą wyczułem tamtego wieczora, dotykając kamiennego kręgu. Zadałem pytanie:

- Czy istnieje możliwość, że podczas rekonstrukcji kamiennego kręgu, z jakiegoś powodu głazy zostały ustawione w przypadkowy sposób?

-Z tego co mi wiadomo jest to bardzo prawdopodobne. Kamienny krąg był zupełnie zniszczony, zasypany i porośnięty krzewami. Tylko dzięki starym zapiskom, oraz archiwalnym dokumentom z czasów budowy lotniska Sola, wiedzieliśmy o jego istnieniu i znaliśmy jego prawdopodobne położenie.

-Zatem możemy przypuszczać, że te chaotyczne ułożenie pól magnetycznych, może być efektem błędnego ustawienia kamiennych steli w kręgu?

-Tak, może tak być. 

Wywołałem lekkie zamieszanie swoim pytaniem, mimo to wszyscy zgodnie podjęliśmy decyzję o rekonfiguracji ustawienia kamiennego kręgu, tym razem zgodnie z schematem na wykresach geomagnetycznych. Ekipa z ciężkim sprzętem miała pojawić się za dwa dni. Mieliśmy więc czas, żeby znowu trochę pogrzebać w starych raportach rekonstrukcji kręgu w Soli.

Wraz z Ingrid, siedząc w domu gościnnym Magnara, zalogowaliśmy się do serwera NIHD by przejrzeć kopie odręcznych opisów rekonstrukcji kamiennego kręgu. Nie było to łatwe zadanie, właśnie ze względu na odręczne pismo i dialekt w jakim dokumenty zostały sporządzone. Mimo to, Ingrid doskonale radziła sobie także i z tym problemem. W skupieniu wpatrywała się w dokumenty na ekranie, raz po raz otwierając szerzej te swoje śliczne brązowe oczy. Jej jasne dłonie zwinnie biegały po klawiaturze komputera, zapisując tłumaczoną treść. Była tak skoncentrowana i skupiona, że nie miałem odwagi jej przeszkadzać. Poszedłem do kuchni by zrobić nam kawę.

-Ingula, zrobiłem kawę taką jak lubisz.

-O! cudownie, dziękuję kochanie.

Wypowiadając ostatnie słowo zamarła na chwilę, po czym obróciła głowę w moim kierunku patrząc mi prosto w oczy. Milczeliśmy tak chwilę..

-Ingrid czy to dla tego to robisz? Przecież wiem, miałaś już komplet materiałów, z którymi sama mogłaś ostatecznie zamknąć kwestię Czarnej Valhalli. Świetnie radzisz sobie ze wszystkimi zagadkami i problemami. Przecież ja ci jestem do niczego potrzebny?

Patrzyłem na nią czekając odpowiedzi, ale zamiast słów, poczułem ją głęboko w sobie. Do jej oczu napłynęły łzy i skrzyły się niczym malutkie błyskawice. Wpatrywała się we mnie, a w spojrzeniu tym widziałem głęboką tęsknotę, esencję delikatności i pragnień, których potęga właśnie teraz pokonała siłę jej woli. Na jej twarz wylał się wodospad bezgranicznej czułości, a oczy do tej pory brązowe, na ten moment stały się świetliście zielone. Ta zieleń przeszyła mnie dreszczem, podniosłem drżącą rękę by dotknąć jej policzka. Ingrid uprzedzając mnie skłoniła głowę i wtuliła ją w moją dłoń, a łzy spływały po jej policzkach jak grochy.

            ***

Ciężkie maszyny przemieszczały poszczególne głazy zewnętrznego kręgu hałasując niemiłosiernie. Było coś apokaliptycznego w tym obrazie i nie czułem się dobrze patrząc na to co się tam dzieje. Na szczęście wszystkie prace wykonywano ze szczególną starannością, nie naruszając obszaru wewnątrz kręgu. Postanowiliśmy nie ustawiać wschodniego kamienia ze względu na planowaną odkrywkę w tym miejscu. Chcieliśmy otworzyć tę pustą przestrzeń i zbadać jej zawartość. Zarówno Ingrid jak i ja, w głębi duszy wiemy co tam znajdziemy. To czego dowiedziałem się wczoraj od Ingrid, tylko potwierdziło moje przypuszczenia.

Król Ragnar zaiste był człowiekiem o wyjątkowo podłej naturze. Nawet jego kompani bali się go, kiedy wpadał w krwawą furię unicestwiając wszelkie napotkane na swojej drodze życie. Nie miał litości dla nikogo i niczego. Obdarzony nadludzką siłą, jednym ciosem potrafił powalić wielu wojowników i depcząc po ich ciałach, przeć na przód w bezinteresownej nienawiści. Mimo iż ówczesna Europa widziała wielu krwawych władców, to okrucieństwo Ragnara nie miało sobie równych. Niszczył on całe kultury, religie, plemiona i światy, grabiąc i chełpiąc się lękiem jaki siał wśród ludzi.

Mnie zawsze niepokoił jeden szczegół w historii Ragnara. Czy aby jego mroczna sława, cały ciężar potworności jaki go otacza, nie przysłania iskry dobra która być może tliła się w nim? Czy naprawę Ragnar był zupełnie pozbawiony serca, zdolności współczucia, litości, jakichkolwiek ludzkich cech? Teraz już znam odpowiedź, dzięki Monice i dzięki Ingrid, która przejęła od niej charyzmat i dzięki temu co wydarzyło się wczoraj.

Odpowiedzią jest Myrna. Młoda dziewczyna, którą Ragnar porwał ze sobą podczas jednej z łupieżczych wypraw do Szkocji. Myrna była na wpół Szkotką na wpół Irlandką, piękna rudowłosa dziewczyna obdarzona anielskim głosem, w jakiś sposób przebiła się przez pancerz surowości Ragnara. Na terenach skąd pochodziła Myrna, chrystianizacja nie postępowała tak łatwo i często religia jaką wyznawano w tamtych czasach, była syntezą wierzeń Druidzkich i Chrześcijańskich. Taką też była Myrna, nosząca w sercu wciąż żywe Druidzkie tradycje umiłowania dla natury, życia i piękna, ale też Chrześcijańskie przesłanie miłości i przebaczenia. Twarz dziewczyny była niczym obraz jej serca, piękna i delikatna, a błękit jej oczu i ciepło uśmiechu na piegowatych policzkach, idealnie harmonizowały z rudymi kosmykami włosów opadających na jej czoło. W jej głosie słychać było szmer irlandzkich strumieni i muzykę wiosennych ptaków. Ragnar łagodniał na jej widok, topniał i poddawał jej delikatności. To właśnie Myrna była przyczyną całego zagmatwania tajemnicy „Czarnej Valhalli”. Ingrid kontynuując pracę Moniki, odkryła wzmianki o Myrnie i poskładała je w całość. Z tych materiałów wynika, że Myrna z miłości do Ragnara przyjęła na siebie cały ciężar jego win. Zatem w konsekwencji, klątwa wiążąca duszę Ragnara spadła także na Myrnę. Kamienny Krąg w Soli, który tak długo był zagadką dla historyków, musi być miejscem pochówku Myrny. Wiele pokoleń historyków zastanawiało się nad tajemnicą istnienia kamiennego Kręgu w Soli. Konstrukcje tego typu są rzadkością w Skandynawii, a szczególnie ta konstrukcja, która jest różna od pozostałych. Wszystko nabiera sensu, jeżeli wziąć pod uwagę historię Myrny.

Właściwe ustawienie głazów w kręgu, przywróciło harmonię magnetycznej siatki potwierdzając zgodność z Druidzkimi wzorcami dla takich budowli. Magnar, Ingrid i ja klęczeliśmy nad otwartą kamienną kryptą pod wschodnim głazem, płakaliśmy wpatrzeni w znajdujące się tam szczątki drobnej dziewczyny, odzianej we wciąż pięknie zdobioną suknię z złotym diademem na rudowłosej głowie.

***

Kochany mój, choćby nie wiem jakie zło zapanowało wokół Ciebie

Nie wiem jak głęboka przepaść dzieliła nas od siebie

Nie wiem ile czarnych myśli przegniatały Twoją duszę

Nie wiem jak rwąca rzeka porwała mi Ciebie daleko

Kochany mój wiedz to proszę, że istnieje siła potężniejsza niż to zło wokół Ciebie

Wyższa od najgłębszych głębin dzielących nas od siebie

Jaśniejsza od najczarniejszych myśli przygniatających Twoją duszę 

Silniejsza od najbardziej dzikich nurtów, chcących porwać mi Ciebie daleko.

 

*

Czarna Valhalla część 3

(zawsze kiedyś jest ostatni raz)

Kochany mój, choćby nie wiem jakie zło zapanowało wokół Ciebie

Nie wiem jak głęboka przepaść dzieliła nas od siebie

Nie wiem ile czarnych myśli przegniatały Twoją duszę

Nie wiem jak rwąca rzeka porwała mi Ciebie daleko

Kochany mój wiedz to proszę, że istnieje siła potężniejsza niż to zło wokół Ciebie

Wyższa od najgłębszych głębin dzielących nas od siebie

Jaśniejsza od najczarniejszych myśli przygniatających Twoją duszę 

Silniejsza od najbardziej dzikich nurtów, chcących porwać mi Ciebie daleko.

Bardzo mnie poruszył poemat Myrny. Taki mały kawałek pergaminu, a zawładnął moim umysłem. Czułem, że tych kilka prostych słów stanie się szkieletem wszystkich naszych poczynań. Tymczasem dla nabrania dystansu i odświeżenia spojrzeń, wybraliśmy się wraz z Ingrid na wędrówkę na jeden z mniej uczęszczanych szczytów, górujących nad fiordami Rogalandu. Oboje odczuwaliśmy potrzebę oczyszczenia umysłów z zawiłości Ragnarowych zagadek, by pozwolić sobie na delektowanie się pokarmem z innego stołu. Wchodziliśmy po kamienistym stoku, wzdłuż leniwie przelewającego się strumienia. Ingrid z zadziwiającą gracją stawiała każdy krok, żadnym gestem nie zdradzając zmęczenia. Kiedy weszliśmy na szczyt, naszym oczom ukazało się małe jezioro, to ono było źródłem dla strumienia, który raczył nas swoją muzyką w drodze na górę. Rozłożyliśmy nasze rzeczy u brzegu tego uroczego rozlewiska. Ingrid stała na krawędzi półki skalnej, za tło mając obraz doliny z majaczącym w oddali miasteczkiem Oltedal. Wiatr tańczył z jej włosami, a jej usta modulowały dźwięki układające się w słowa, a te w zdania, które nabierały treści. Obserwowałem to przedstawienie z Ingrid w roli głównej, a w moim notesie skrzętnie zapisywałem co mi umysł podpowiadał:

„…. Stoisz na skale i opowiadasz mi o kocie, o tym jak mimo swojej szarości ubarwia twoje dni. Opowiadasz mi o kuwecie z piaskiem i kociej sierści na poduszce, a ja obserwuję kosmyk twoich włosów unoszący się na wietrze, tańczący z nim szalony taniec i patrzę na cień twojej kobiecej postaci, rzucony przez słońce do stóp prawdziwej Ciebie.

Wypowiadasz słowa, które mieszają się z szumem górskiego wiatru, on niesie je ku mnie wraz z Twoim zapachem i wiruje dziki wokół, wydmuchując płomień z tlących się drzazg mojego serca. Stoisz tak na tle majestatycznego piękna rozlanego aż po horyzont, niczym królowa świata, a mi się wydaje, że właśnie koronujesz moje serce miłością. Przybyłaś by ogłosić nowe prawo, królewski dekret o kochaniu i przebaczeniu. Prawo, które nadaje mi pod władanie światy o których nie miałem pojęcia, których nie znałem dotąd. Zamilkłaś nagle, patrzysz na mnie uśmiechając się, trochę zdumiona moim milczącym spojrzeniem. Może dostrzegłaś w moich oczach ślad tego płomienia, który jaśnieje z każdym wypowiedzianym przez ciebie słowem? Może zadziwiła cię twoja władza, nie wiedziałaś, że wypowiadając słowa możesz wzbudzić ogień? Patrzysz na mnie, a twoje policzki unoszą się w uśmiechu. O rany, ten twój uśmiech, w którym cofasz się w czasie, stając się znów małą dziewczynką. Królowa o dziewczęcym uśmiechu?  Cudownie….   Kim jestem ja zatem? Staję się chłopcem z koroną na sercu?  Księciem krainy słodkich pocałunków? Władcą świata w przykrótkich spodenkach, dumnie panującym nad swą dorosłością? Czy to nie cudowne? Posiąść znów dziecięcą ufność, wiarę w miłość i wieczne szczęście. Stać się dorosłym z uśmiechem dziecka. Uśmiechem jak ten twój, dziewczęca Królowo Świata, Pani płomieni, właścicielko kota, który mimo swojej szarości ubarwia twoje dni.  Podaj mi rękę proszę, ja też mam koronę dla ciebie.

I ja chcę podarować ci nowe światy. Światy, których nie obejmiesz umysłem, ale obejmiesz ramionami. Świat kolorowy jak kredkowy rysunek małego chłopca. Świat w którym jest blisko nawet gdy jest bardzo daleko….”

-Waldek, ty mnie nie słuchasz!!! Co tam wypisujesz w tym notesie?

-Nic, po prostu robię Ci literkową fotografię.

-Co??

Ingrid podeszła i zdecydowanym ruchem wyrwała mi notes z rąk. Omiotła wzrokiem treść mojego pisania, a z jej oczu popłynęła łza.

-Ty wariacie… Myrna cie opętała.

-Tak? A ja myślałem że masz na imię Ingrid. No ale jak sobie życzysz, mogę cię i tak nazywać.

-Ty naprawdę oszalałeś Waldku.

-Oczywiście że naprawdę, moja droga Ing.. eeee Myrno. Bo czy da się oszaleć na niby? Szaleństwo zawsze jest realnie szalone. Chyba że…. czekaj, czekaj… coś mi przyszło do głowy. Ragnar był szalony, a Myrna to rozumiała!! To jest klucz do Myrnowej tajemnicy.

W całej historii Ragnara nie potrafiłem zrozumieć fenomenu Myrny. Wyobrażałem sobie krwiożerczego wikinga, bezlitośnie mordującego w opętańczym szale złotego głodu. I nagle ta drobna, delikatna, eteryczna dziewczyna, z płomienną fryzurą na głowie, usypia potwora głosem, dotykiem, spojrzeniem miłości. Skąd ta miłość? Jak to możliwe? Ragnar wśród  gromady wojów, wpatrzonych w swojego krwawego wodza, szydzący z bogów, gardzący śmiercią, karmiący się purpurą krwi i blaskiem zrabowanych klejnotów. Ten którego imienia lękał się cały ówczesny świat, on właśnie dostąpił miłości? I to takiej miłości, która wzięła na siebie jego przekleństwo? Myrna stanęła jak tarcza między opętaniem Ragnara, a karzącym gniewem bogów. Przyjęła na siebie cios skierowany w Ragnarowe serce.

***

Znów siedzieliśmy przy komputerze, a Ingrid z wypiekami na twarzy przeglądała wszystko co udało się znaleźć na temat Myrny w cyfrowych zasobach biblioteki Norweskiego Instytutu Historii Dawnej.

-Waldek, tu nie ma wszystkiego. Wiem że istnieją jeszcze nie skanowane dokumenty, które NIHD otrzymał w darze od swojego Szkockiego odpowiednika. To są kroniki mnichów z czasów wczesnochrześcijańskiej Brytanii, gdzie mogą być zawarte jakieś rewelacje o Ragnarowych podbojach. Mimo to, już to co mamy teraz jest intrygujące. Zobacz, tu są wzmianki o ogromnej panice i desperacji, panującej wśród plemion zamieszkujących tereny Szkocji i Irlandii w czasach najazdów Ragnara. Świadomi swojej słabości, szukali sposobu by mimo wszystko odeprzeć nadciągające zło. Tutaj właśnie pojawia się pierwsza wzmianka o Myrnie, córce władcy północno-zachodnich rubieży, dziewczynie z rudym warkoczem, obdarowanej głosem, w którym brzmiały Irlandzkie wiatry. Kronikarz pisze, że w ślad za Myrną, wędrowała zieleń Irlandii..

Słuchając Ingrid, wyobrażałem sobie mieszkańców szkockiego wybrzeża, z przerażeniem spoglądających w horyzont morza północnego, wypatrujących drakarowych żagli, posępnych zwiastunów nadejścia rychłej śmierci. Zakapturzonych mnichów z płonącymi gromnicami, nucących chorały gregoriańskie, w nadziei wyproszenia miłosierdzia. I gdzieś tam postać młodej rudowłosej księżniczki, która wierzy w miłość, najpotężniejszą z potęg jaką zna. Może wierzyła, że jest w mocy, wchłonąć w siebie opętańczą siłę destrukcji, z którą przybywał do nich Ragnar. Może chciała zostać ofiarą, oddając się jak celtycki róg obfitości, stając się w ten sposób dawczynią życia dla swoich podwładnych? Może tak pojętą płodność, uznała za to swoje powołanie?

Spojrzałem na Ingrid, na długie palce jej dłoni trzymających długopis, zapisujących jakieś cyfry na małej karteczce. Mięśnie jej przedramienia napinały się delikatnie w rytm długopisowych gestów. Złote serduszko zwisające u jej kolczyka w uchu, wysyłało błyskające sygnały, odbijając światło stołowej lampki. Śmieszna sznurkowa bransoletka na nadgarstku dopełnienie kobiecej natury? Włosy spięte w krótki kitek, bujający się za każdym razem gdy porusza głową. Śmiesznie przygryzała górną wargę, zdradzając emocje które w niej pracują i wymuszając perfekcyjne skupienie. Kubek wciąż parującej czarnej kawy dopełniał kompozycji, w której Ingrid najwyraźniej czuła się doskonale. Nagle spojrzała na mnie, jakby przywołana moim wzrokiem.

-Czemu tak na mnie patrzysz?

-Bo już wiem jak to działa.

-Co?

-Miłość..

-Wariat. Skup się!!

Nawet nie wiedziała jak bardzo byłem skupiony. Nie wiedziała, że właśnie w tym momencie odkryłem najbardziej poszukiwaną tajemnicę ludzkości. Zdałem sobie sprawę z istnienia substancji nadającej i podtrzymującej sens ludzkiej egzystencji. Czynnika, który choć niewidoczny, spaja wszechświat wiążąc go i chroniąc przed rozpadem. Niczym słynna „czarna materia”, którą fizycy tak usilnie pragną zdefiniować. To nie Czarna Valhalla miała być odnaleziona. To nie tej krainy, nie tych przestrzeni szukamy. Nie potrzeba nam zrozumieć istoty szaleństwa Ragnara, istoty chorego głodu posiadania, nieokiełznanego pragnienia władzy. To znamy aż nazbyt dobrze. Nie potrzebne są nam jego skarby opłacone ludzkim życiem. Nam potrzeba innego zrozumienia. Potrzebujmy otworzyć oczy na delikatne błyski kolczyka w uchu. Na budyniowy kolor sukienki, założonej specjalnie na ten dzień. Na zabawnie bimbający kitek na głowie. Na ledwo zauważalny uścisk dłoni w chwili lęku. Na wyszukane słowo tylko dla Ciebie. Na policzek unoszący się w uśmiechu. Na szeptem wypowiadane słowo, które w swoim pluszowym brzmieniu wnika w najbardziej intymne zakamarki duszy. 

***

Podczas gdy Ingrid dzielnie walczyła o dostęp do niepublikowanych dokumentów w NIHD, ja postanowiłem odkurzyć wiedzę z zakresu mitologii Celtyckiej. Najbardziej interesował mnie kult bóstw żeńskich. Postać Myrny, wpisywała się doskonale w obraz celtyckich boginek miłości, śmierci i płodności. W wierzeniach Celtów, to właśnie bóstwa kobiece, były obdarzone władzą na tymi żywiołami. Według starych legend, zanim zasiedlono ziemie Irlandii, osadnicy musieli zjednać sobie przychylność trzech bogiń władających tą krainą. Symbolika tych legendarnych postaci, może być wyjaśnieniem misji Myrny. Subtelna równowaga uczuć, którą reprezentuje Myrna, mogła być lekarstwem na szaleństwo Ragnara. I taką właśnie nadzieję, mogła nosić w sobie pragnąc zrównoważyć Ragnarowe rządze, wprowadzając doń pierwiastek tego, czego najbardziej mu brakowało. Wprowadzając pierwiastek miłości, mogła przecież zapanować nad całą resztą buszujących w nim mocy. Naiwne to? Czy może sprytne? A może po prostu zwykły akt desperacji, coś jak modlitwa w obliczu zagrożenia? A może w końcu, bezgraniczna wiara w miłość, w harmonię, pełnię uczuć… 

Przekopując zawiłości genealogii celtyckich bóstw, usłyszałem dźwięk z mojego komputera,  zwiastujący nadejście nowego maila. Siedząca obok mnie Ingrid, oznajmiła zwycięstwo wysyłając mi fragment treści jednego z niepublikowanych dokumentów wraz z jego tłumaczeniem. Na końcu maila, poniżej jego treści,  napisała jeszcze jedno słowo „naprawdę?”.

***

Ryż już był prawie ugotowany. Para unosiła się z garnka, gdzie od dwóch minut gotowały się małe brokułowe różyczki. Zapach wege-gulaszu w ziołach ze szczyptą curry, wypełniał cały dom. Brakowało mi Magnara, od kilku tygodni tkwił na placówce w Wietnamie, a ja właśnie potrzebowałem prostoty męskiej przyjaźni. Ingrid siedziała w NIHD i nadal pracowała  nad dokumentami. Znalazła jednoznaczne dowody na to, że Ragnar wraz Myrną spędzili kilka lat na zamku w Tonsberg. Spodziewałem się tego i czułem, że powinienem tam pojechać, niestety musiałem udać się w tę podróż sam. Zjadłem obiad, zapakowałem trochę rzeczy i wsiadłem do mojej wiernej Toyoty. Byłem już głodny podróżowania i mimo sporego dystansu dzielącego Stavanger od Tonsberg, cieszyłem się na te godziny intymności z Toyotą i Norwegią w ogóle.

Na miejsce dotarłem o poranku. Wzgórze zamkowe tonęło we mgle nadającej tajemniczości temu miejscu. Wyruszyłem w kierunku jedynej ocalałej budowli  kompleksu, wieży zamkowej. Zamek Tonsberg oglądałem już nie raz, mimo to chciałem usiąść na jego kamieniach raz jeszcze, by tym razem poszukać Myrnowego pierwiastka miłości. Po szwedzkiej nawałnicy w 1503 roku, z zamku pozostały tylko fundamenty. Wyraźnie widoczne kontury dawnych budowli, działały mocno na moją wyobraźnie. Przysiadłem na masywnym kamieniu węgła w zarysie sali Haakona IV, z nadzieją, że zdołam wsiąknąć w niematerialną obecność przeszłości. Zamkniętymi oczami poczułem Monikę, siedzącą na jednym z kamieni, jej słoneczne okulary odbijające świat, opaloną twarz promieniującą mądrością i rodzący się uśmiech na jej ustach. Zerkała w moją stronę, jakby ciesząc się z obecności tutaj. Znowu poczułem pocałunkowy bezdech, dreszcz i fale ciepła spływające przeze mnie, od głowy aż po palce u stóp. Otoczył mnie zapach lawendy i poczułem jak zapadam się w mrok. Zobaczyłem dziewczynę i jej świetlistą dłoń spoczywająca na policzku potężnego mężczyzny. Rudy warkocz zwisający z jej głowy, układał się wężowatym kształtem na jego nagim torsie. Cała ta nierzeczywistość przesycona czułymi szeptami, rozświetlona migoczącym ciepłem płomienia świecy. Miodowy obraz tej sceny niemal eksplodował we mnie, zrywając misterne połączenie dwóch światów….

Powstałem z kamienia i płacząc jak niefacet, rozglądałem się po okolicy. Mój wzrok mimowolnie spoczął na kępie zdziczałych roślin. Pochyliłem się zrywając jeden z liści i roztarłem go w palcach. Poczułem mocny zapach mięty. Obok mięty rósł szczaw, babka lancetowata, mierznica czarna, rumianek i parę innych, których rozpoznać nie umiałem. Myrno cudna, zieloność Irlandii przyniosłaś aż tutaj, wraz z rudowłosą miłością. Kochaniem obłaskawiłaś żywioł morderczy, zamieniając zapach krwi na delikatną woń ziołowego uzdrowienia…

Tego dnia odwiedziłem jeszcze kustosza muzeum w Tonsberg, by odebrać od niego kopie dokumentów i rycin, które przygotował dla mnie. Do Stavanger wracałem bez przystanku. Cieszyłem się na to, że zobaczę Ingrid. Chciałem jak najszybciej powiedzieć jej co czuję. Było już dobrze po północy, kiedy parkowałem samochód pod domem. Wszedłem do środka trochę zaskoczony tym, że nie czuję zmęczenia. W domu panował półmrok, ale zapach perfum Ingrid zdradzał jej obecność. Wziąłem szybki prysznic, wszedłem do sypialni i delikatnie usiadłem na skraju łóżka patrząc na senne oblicze Ingrid. Nie chciałem spłoszyć piękna tej chwili, zburzyć jej spokoju w miarowym oddechu, który rytmicznie unosił okrywający ją pościelowy aksamit. Delikatnie położyłem się obok i w tym momencie usłyszałem jej senny głos -naprawdę?

-Bardzo naprawdę kochana.

***

W końcu udało się nam poskładać w całość tę łamigłówkę, po brzegi wypełnioną emocjami tak skrajnymi jak żywioły ziemi. Wyszło z tego całkiem pokaźne dzieło traktujące o religii, nienawiści, polityce, magii, strachu, krwi, wierzeniach i zwątpieniach i o miłości. Odkrycie istoty tajemnicy „Czarnej Valhalli” zaskoczyło wszystkich, którzy spodziewali się eksplozji magicznych zaklęć i niezmierzonego bogactwa zrabowanych skarbów, ukrytych w głębinach kurhanów. Mimo to, prawda o kruchym dziewczęciu, skaczącym świadomie w dziki nurt zła Ragnarowych szaleństw, wstrząsnęła światem Nordyckich sag.

***

……Oto Myrna, delikatnymi palcami kamyk po kamyku, zdejmuje z duszy Ragnara ciężar krystalicznej ciemności. Cierpliwie, z miłością, rozbraja potężnego wojownika, uwalniając jego serce i uzdalniając je do kochania. Ziołową zielenią i ognistym warkoczem, przemienia świat króla nienawiści, wzbudzając w nim potęgę, której nikt inny nie był w stanie mu uświadomić. Szeptem, przekrzykuje ryk złości, pocałunkiem kruszy ostrze miecza, a swoim Miłowaniem, odbiera wartość złotym klejnotom. Jej piegowate policzki okazały się potężniejsze od ciężkich zbroi wojowników, jej śpiew, wytapiał kamienne serca i ożywiał martwe umysły. Ta krucha kobieta, władała najpotężniejszym orężem wszechczasów, pradawną mocą, która nie przestała istnieć. Która wciąż czeka, na każdego kto zechce po nią sięgnąć. Pragnie być odkrywana, pragnie być rozpoznana, pragnie znaleźć mieszkanie w każdym z nas….

Tym razem Ingrid wpatrywała się we mnie, a jej szkliste spojrzenie zdradzało słowa, które tylko czekają by się narodzić i ulecieć z jej ust.

-Bardzo Waldku.

-Bardzo Ingusiu.

*

bottom of page