Zmysłowość, czyli "zakazanych" owoców pełen stragan.

Wszystko układało się zadziwiająco pomyślnie i bez wysiłku. Spakowałem plecak, wziąłem niewiele rzeczy bo przecież wychodziłem w góry na jedną noc. Tylko to co niezbędne, namiot karimatę i ten nowy śpiwór. Jedna mała propanowa butelka, mój mikroskopijny kocher, no i zadziwiająco ciepłe skarpetki. Niewiarygodne, jak te skarpetki dbają o moje stopy.


Przyjechałem na miejsce jeszcze przed świtem. Późno letni środek tygodnia sprawił że, na parkingu nie widziałem ani jednego samochodu, co mnie wcale nie zmartwiło. Zmieniłem buty, ubrałem się i zarzuciłem plecak na plecy. Spojrzenie na ekran telefonu, środa godzina 6:30, temperatura 13 stopni, możliwość wystąpienia opadów 35%.


Wziąłem kilka głębszych oddechów, żeby poczuć wyjątkową chłodną poranną wilgoć powietrza Manafossen, i wyruszyłem na szlak. Znowu poczułem tę łatwość. Zaiste dawno już nie czułem takiej lekkości w marszu z obciążeniem. Co prawda szedłem swoim ślimaczym tempem, jak zawsze w drodze do Man, ale mój bagaż zdawał się być całkowicie nieważki. Mam skrzydlatego anioła w plecaku.. taka myśl mi przyszła od rozradowanego ducha.


Do wodospadu dotarłem szybko, ale tylko spojrzałem w jego kierunku nie zatrzymując się nawet. Moim celem było niewielkie jezioro znajdujące się godzinę marszu od schroniska, a właściwie niewielka polana między jeziorem a pionową skalną ścianą doliny Man. Zbliżając się do schroniska zdałem sobie sprawę że, nie jestem sam w dolinie. Malutki jednoosobowy namiot w kolorze dobrze wysmażonej jajecznicy, wyraźnie odcinał się od zieleni wśród której został ustawiony. Przystanąłem na chwilę przy schronisku by zjeść drugie śniadanie i rozluźnić mięśnie. Nie widziałem żadnego ruchu przy jajecznicowym namiocie, zatem mieszkaniec jeszcze śpi. Posiliłem się i ruszyłem w drogę.


Ostatni intensywny deszcz sprawił, że musiałem trochę poskakać po głazach wyłaniających się z rozlanego potoku w dolinie. Śmiesznie się skacze z plecakiem na plecach, a jeszcze śmieszniej gdy siedzi w nim skrzydlaty anioł. Na moją łąkę dotarłem gdy Słońce zdążyło już wychylić się zza góry, zatem ogarnąłem miejsce na biwak, rozstawiłem namiot, i ułożyłem rzeczy w środku. Bose stopy radowały się miękką zielenią, a oczy biegały radośnie po otoczeniu. Zszedłem niżej do jeziora, podwinąłem nogawki i wszedłem do wody. Bosko, fantastycznie, cudownie, wypas… Dolina zawsze przyjmowała mnie po królewsku, niczym boga lokalnego świata. Białe obłoki płynęły nad głową, Słonce grzało nadspodziewane skutecznie, stopami sięgałem niemal jądra Ziemi, a w płucach wirowało mi górskie oddychanie. Położyłem się wygodnie na jednym z wielkich kamieni, zamknąłem oczy i zapadłem w muzykę wygrywaną pluskiem strumieni, szumem wiatru, i rytmem własnego serca.


Gdy otworzyłem oczy, słońce było już wysoko na niebie, a mój organizm domagał się pokarmu. Wracałem do namiotu by ustawić kocher, i wtedy na przeciwległym brzegu polany zobaczyłem rozstawiony namiot w kolorze jajecznicy. No dobrze, niech i tak będzie w końcu jestem bogiem, zatem wszystko pod kontrolą. Zaparzyłem sobie zapas kawy, napełniłem nią termos, chwyciłem aparat fotograficzny i pomaszerowałem wzdłuż jeziora w poszukiwaniu wszystkich form piękna. Zatoczyłem krąg, i wróciłem do punktu wyjścia pełen wdzięczności dla matki Ziemi. Nieco zmęczony tym długim spacerem, postanowiłem ostudzić się w żywej wodzie jeziora.


Nie widząc nikogo w pobliżu, zdjąłem z siebie odzienie i nagi wkroczyłem do wody. Poczułem przenikającą mnie potęgę totalnej wolności, pełnego zjednoczenia z naturą czystą, piękną i dumną w swojej istocie. Istniałem wszędzie i nigdzie, byłem wszystkim i niczym, miękkimi ruchami żabiego stylu płynąłem przez kosmiczne przestrzenie, a moja dusza śpiewała szczęście na wszystkie możliwe głosy. Wziąłem głęboki wdech i zanurkowałem pod wodę. W uszach zahuczał dźwięk pęcherzyków powietrza wydostających się z moich nozdrzy, i poczułem ogarniający mnie chłód głębokiej wody. Jeszcze kilka ruchów nogami i wydostałem się na powierzchnie niczym dziecko z łona matki. Wyszedłem na brzeg i zamarłem.


Na jednym z głazów przy brzegu, siedziała kobieta. Ramionami przyciągała do siebie podkurczone nogi, opierając głowę brodą o kolana. Siedziała i wpatrywała się we mnie z lekkim uśmiechem na twarzy, ani na chwilę nie spuszczając mnie z oczu. Obserwowała jak wycieram się w swoją koszulę, i szukam reszty ubrań. Zdążyłem się już oswoić z jej spojrzeniem, ale pomyślałem że wypada założyć chociaż bokserki, co uczyniłem i usiadłem na swoim kamieniu odwzajemniając jej spojrzeniem. Wpatrywaliśmy się tak w siebie przez chwilę, po czym ona wstała i zaczęła się rozbierać.


To był spektakl którego się nie spodziewałem. Stała nad wodą całkiem naga, a jej krótkie kręcone włosy zabawnie powiewały na wietrze. Słońce właśnie przemieściło się na drugą stronę doliny, swym blaskiem podkreślając piękno jej kobiecego ciała. Teraz to ona była boginią, stojąc na tle połyskujących w słońcu fal, władała rzeczywistością którą właśnie w tym momencie wykreowała swoim istnieniem. Zanurzyła się w ozłoconą słońcem wodę i odpłynęła. Nie widziałem ręcznika wśród zostawionych przez nią rzeczy, zatem poszedłem do namiotu by przynieść swój wraz z tabliczką czekolady....


Stavanger KaftanBlady 07.08.2019



12 wyświetlenia

© 2023 by The Book Lover. Proudly created with Wix.com