Trzy tysiące i jeden szept

Oddalałem się od starej asfaltowej drogi brnąc przez gęste krzewy prosto w kierunku lasu. Im dalej od drogi, tym bardziej splątane gałęzie krzaków i małych drzewek utrudniały mi przemieszczanie tak, że w końcu szedłem nisko pochylony chroniąc głowę przed gałęziami. Idąc tak z nosem prawie przy ziemi, dostrzegłem szereg większych pokrytych grubym mchem kamieni, ułożonych regularnie w jednej linii. Kilka kroków dalej gęstwina rozrzedziła się, wypuszczając mnie na polanę tuż pod samym lasem. Kamienna linia ciągnęła się dalej ginąc gdzieś w przyleśnych paprociach. Wiedziałem, że jestem we właściwym miejscu. Rozglądałem się czując, że to musi gdzieś tu być. Powinny być trzy mniejsze kamienie ułożone na planie trójkąta, a w środku jeden większy płaski z lekkim zagłębieniem w środku. Wysokie trawy nie ułatwiały poszukiwań, a ja niczym mały chłopiec szukający piłki, biegałem chaotycznie po polanie spalając się w emocjach. Gdy uświadomiłem to sobie, zatrzymałem się, zdjąłem buty, zamknąłem oczy i wziąłem głęboki wdech i kolejny, jeszcze jeden...

Powietrze pachnące rozgrzanym w słońcu lasem, wlało we mnie balsamiczny pokój. Uśmiechnąłem się do siebie i łąki pośrodku której stałem. W tej wesołej sekundzie całe moje czucie spłynęło do bosych stóp i dalej, głębiej w ziemię na której stałem. Cała przestrzeń mnie otaczająca przyjęła moją obecność z czułością kobiecej głębi. Poczułem łaskotanie na prawym policzku i usłyszałem trzepot skrzydeł dużego ptaka. Otworzyłem oczy i zwracając głowę w kierunku skąd dochodził ten odgłos, zobaczyłem go. Płaski kamień niemal lśnił białym marmurowym blaskiem i otaczały go trzy mniejsze kamienie skryte w trawie. Podszedłem tam by poczuć mocniej, przyjrzeć się bliżej. W każdym kroku bosych stóp czułem przychylną radość płynącą z ziemi. Byłem czystym czuciem, obecnością włączoną w to miejsce....

Pierwszą dostrzegłem "Odal", głęboko wykuta runa na kamieniu od strony lasu. Kolejne "Fehu" i "Kenaz" na dwóch pozostałych.

Pochyliłem się by dotknąć Fehu...

Otoczył mnie śpiew dziewcząt stojących w kręgu a wszystkie w pastelowo zielonych sukniach i z wiankami na głowach. Śpiewały jednym głosem patrząc wesolymi oczami na kobietę stojącą tuż obok mnie. Kobieta podała mi dłoń i pociągnęła zachęcając bym poszedł za nią. Stanęliśmy przy runie Odal, a ona skinęła głową sugerując bym usiadł. Gdym to uczynił, sama usiadła na kamieniu Kenaz. Uśmiechnęła się ciepło zielenią radosnych oczu, uniosła dłoń kreśląc w powietrzu sigil obfitości. Na marmurowym stole pojawiła się gałązka jemioły, a gdy to się stało, dziewczęta jedna po drugiej, zaczęły przynosić owoce i układać je na stole.

Kobieta sięgnęła po poziomkę i zjadła ją, potem zjadła kilka jagód od których usta jej stały się purpurowo niebieskie. Znów uśmiechnęła się dziewczęco głęboką zielenią wejrzenia. Czułem jak przenika mnie mądrością i czułem też, jak otwiera moje serce wodospadem źródła.

Jedna z dziewcząt przeszła obok nas wkładając nam na głowy wianki z polnych kwiatów, potem odbiegła tanecznym krokiem śmiejąc się. Powiał wiatr od strony lasu i poczułem zapach życia. Poczułem też poruszenie i dostrzegłem kolejną postać siedzącą na kamieniu z runą Fehu. Mglista, mieniąca się wieloma kolorami, smukła kobieca sylwetka pojawiła wraz z powiewem wiatru. I usłyszałem tysiące szeptów czułości, tysiące szeptów mądrości, tysiące szeptów światła i jeden szept Miłowania. Czułem jak moje ciało pokrywa się rosą a na dłoniach i stopach rozlewa pomarańczowe ciepło...

Wszystko zniknęło, została tylko Ona. Ciągle siedziała na kamieniu Kenaz i uśmiechała się do mnie zielono.

Wstałem i podszedłem wyciągając ku niej dłoń. Podała mi swoją i powstała nie odrywając odemnie oczu.


I już nie było Jej I też nie było Mnie I to nie było wczoraj, ani teraz ani jutro


Bowiem Ona i Ja staliśmy się tysiącem szeptów czułości, tysiącem szeptów mądrości, tysiącem szeptów światła i JEDNYM SZEPTEM MIŁOWANIA.


Kocham Cie


Slawomir Podsiadlowski




14 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Gdy noc...