Drammens Museum – Symbole życia. Część 1 z „wisienką na torcie”


Niniejszym pragnę przedstawić pierwszy z zapowiadanych felietonów, traktujących o cudach z Drammens Museum, parku Gulskogen oraz niezwyczajnego Sjøboden.

Jak już wspomniałem wcześniej, kilka tygodni temu odwiedziłem miasto Drammen, znajdujące się około 40km na południe od Oslo, stolicy Norwegii.

Podczas tej wizyty, miałem okazję poznać wspaniałych ludzi związanych z Drammens Museum.

Jedną z tych osób jest Pani Jadwiga (Jagoda), będąca opiekunką szczególnie ciekawego moim zdaniem obiektu, jakim jest „Sjøboden”, czyli doskonale zachowany osiemnastowieczny budynek magazynu nadrzecznego. (Jeden z niewielu zachowanych do dziś w tak dobrym stanie)

Pani Jagoda jest też opiekunką ogrodu ziołowego, który stał się dodatkową atrakcją parku Gulskogen, pozostającego w administracji Drammens Museum.



Od lewej Jagoda i Lidia, nasze rodaczki, pracownice Drammens Museum.

W swoich tekstach nie będę skupiał się na informacjach statystycznych, gdyż te, każdy z was może bez trudu znaleźć na głównej stronie internetowej Drammens Museum.

http://drammens.museum.no/

Ja skupię się raczej na paru wybranych tematach i spróbuję przedstawić je w taki sposób, byście zapragnęli osobiście odwiedzić Drammen i pozwolili sobie na wspaniałą ucztę obfitującą w smakowite kąski norweskiej historii.

Zatem zaczynamy

1- Drammens Museum

- Główny budynek Muzeum, zawartą w nim ekspozycją „Gjenstander for livet”, czyli po prostu „przedmioty użytkowe”, zabierze nas w intrygującą podróż w czasie.

Zwiedzając tę wystawę, mamy możliwość niemal zajrzeć w intymność norweskich domów i ich mieszkańców z rożnych warstw społecznych okresu od XVIII do XX wieku. Przedsmak tej uczty, chcę podać Wam właśnie w tym i następnych felietonach.

Zanim zaczniemy zwiedzanie ciekawie przemyślanej ekspozycji, warto jeszcze wspomnieć, iż samo miasto Drammen ze względu na swoją lokalizację u ujścia rzeki Drammenselva do fiordu Drammensfjorden, stało się miastem portowym w pełnym tego słowa znaczeniu.

Można powiedzieć, że rzeka Drammenselva, będąca ongi głównym szlakiem transportu towarów i drewna pozyskiwanego w jej górnym biegu, stała się matką miasta Drammen.

- Drammenselva Matka Drammen

W pierwszej połowie XVIII wieku, wzdłuż obu wybrzeży dolnego biegu rzeki jak i samego fiordu Drammensfjorden, jak grzyby po deszczu powstawały nadbrzeżne magazyny towarowe, składy handlowe, oraz fabryki papieru. Drewno spławiane przez drwali, dosłownie płynęło w dół rzeki, stając się nieprzerwaną dostawą surowca dla fabryk papieru, tartaków przetwarzających drewniane pnie na budulec, a także było sprzedawane kupcom przybywającym do Drammen z wielu zamorskich krajów.

Obecność sprawnie działającego i wciąż rozwijającego się przemysłu sprawiła, że do Drammen zaczęło napływać więcej ludzi w poszukiwaniu pracy, lub po prostu z chęcią osiedlenia się.

Dość szybko pojawiły się też pierwsze „fortuny”, które zamożni mieszkańcy chętnie inwestowali w rozwój swoich przedsiębiorstw, budowę nowych domów, czy w końcu zakup luksusowych towarów, których w Drammen jak na miasto portowe i kupieckie przystało, było faktycznie pod dostatkiem.

-Ekspozycja

Klimat XVIII-wiecznego miasta, będziemy mogli poczuć właśnie zwiedzając wystawę przedmiotów użytkowych z epoki, które zostały wyeksponowane w takich sposób, iż przechodząc przez muzealne sale mamy wrażenie przechadzania się po czyimś domu.

Zobaczymy stoły zastawione piękną bogato zdobioną porcelaną, jakby czekające na pojawienie się domowników, i samej pani domu, która za chwilę da znak rodzinie, że podano gorący posiłek.



Tuż obok zobaczycie rozwieszone na stelażach przepiękne suknie, których misterne i bogate zdobienia, dodawały szyku damie, gdy zdecydowała się ubrać w jedną z nich. Przyglądając się tym sukniom, zwróćcie proszę uwagę na wąskie talie. Gorset, to zdecydowanie nie mogło być wygodne. Już samo patrzenie na to sprawia, że masz ochotę wciągnąć brzuch i wstrzymać oddech.

W tym też miejscu nie może zabraknąć tak ważnych dodatków, jak gustowny kapelusik, czy mówka, w której dama mogła ogrzać dłonie podczas chłodnych dni.




Idąc dalej czeka nas sypialniana aranżacja, ta pozwoli nam zajrzeć do alkowy i odkryć nieco bardziej intymne sekrety życia ludzi z przełomu XVIII i XIX wieku. Zobaczymy posłane łoże małżeńskie, wiszącą obok haftowaną koszulę nocną, i leżącą gdzieniegdzie bieliznę, którą być może do tej pory znaliście wyłącznie z rycin czy książkowych ilustracji. Tutaj zobaczycie to na żywo, i uwierzcie mi… robi wrażenie.

Na stoliku obok łoża, duży porcelanowy dzbanek na wodę i urocza misa również porcelanowa, służące do wieczornej tudzież porannej ablucji.

Przyglądając się temu zakątkowi, miałem wrażenie, iż za tym dębowym łożem, skryła się para kochanków, zaskoczona nagłym pojawieniem nieproszonych gości.




Kontynuując naszą podróż, trafimy na ekspozycję dziecięcych ubranek. Nie są to jednak zwyczajne koszulki czy sukienki, ale specjalne wdzianka używane do ceremonii chrztu. Jagoda tłumaczyła nam, że wdzianka takie jak te, często są dziedziczone, i także dziś można zetknąć się z taką szatą, będącą w rodzinie od kilku pokoleń i wciąż spełniającą swoją funkcję.

Jest tam też delikatna jedwabna pościel w kolorze błękitu, obficie haftowana kolorową nitką. Ten jedwabny skarb naprawdę zrobił na mnie wielkie wrażenie.



Osobna dość duża ekspozycja zatytułowana „Lata 1900”, zawiera pokaźny zbiór mebli i przedmiotów użytkowych z właśnie tego okresu. Tutaj powoli wkraczamy w nowoczesność, i szczerze mówiąc ja miałem tam poczucie pewnej straty. W tej ekspozycji, bowiem wyraźnie widać jak dawna rzemieślnicza ręczna praca, staranność i kunszt wykonania przedmiotów, zastąpiona została maszynową masową produkującą nudnych w swej nowoczesnej formie mebli. Mimo to, na pewno warto obejrzeć tę ekspozycję, by poczuć wartość rękodzieła i być może zapragnąć by znalazło się ono także w naszych wnętrzach.

Na zewnątrz głównego budynku Muzeum, znajduje się niewielki skansen, a w nim kilka przeniesionych w to miejsce domostw. Do każdego z tych cudownych domków po prostu trzeba wejść, gdyż w ich wnętrzach kryje się prawdziwa magia przeszłości. Domki zbudowane na przełomie wieków XVIII i XIX, a każdy z nich jest kapsułą czasu z zaklętą w niej codziennością dawnych ich mieszkańców. Znajdziemy tam przedmioty używane przez mniej zamożnych ludzi, które w większości wykonali oni własnoręcznie.

Krzesła, stoły, łóżka, w których spało się w pozycji pół siedzącej (na stosie z poduch), kołyski, zmyślne ławy z oparciem na zawiasach, drewniane kalendarze „Primstav”, wszelkie cudowne cudowności, z których każda ma swoją długą i głęboką historię, i każda nosi ślady ludzkiej egzystencji.

Przyznam się wam, że chętnie bym zamieszkał w jednym z tych domków i poczuł smak przaśnego życia sprzed wieków.







- Wisienka na torcie

Na koniec tego felietonu poświęconego ekspozycji w głównym budynku Drammens Museum, podaruję wam pewną „wisienkę na torcie”.

Zachowałem to na koniec, gdyż moim zdaniem temat, który chcę poruszyć, zasługuje na szczególne potraktowanie.

Otóż wśród przedmiotów wystawionych na ekspozycji, znajdują się kufry posagowe „Brudekiste”, na które natkniecie się już na samym początku ekspozycji Drammens Museum, i będą wam one, co chwilę towarzyszyć.



Myślę, że znacie tradycję „Posagu”, i domyślacie się już, czym były te uroczo zdobione skrzynie, do których rodzina panny młodej i ona sama gromadziła „posag”, czyli wszelkie dobro materialne, z jakim panna młoda wchodziła w małżeństwo.

Te kufry, które zobaczycie na ekspozycji, noszą na sobie wyraźne znaki czasu i miejsca, w którym powstały. Zobaczycie na nich przeróżne zdobienia, od wykonanych ręką artysty malowideł przedstawiających mityczne stworzenia kojarzone z szczęściem, dobrobytem i miłością, poprzez nieco bardzie proste kwieciste wzory często wykonane ręką, któregoś z bardziej uzdolnionych członów rodziny, albo samej panny młodej.

Niektóre będą pięknie rzeźbione i zdobne w metalowe okucia, inne zaś znacznie skromniejsze i mniejsze.

Jednak każdy z nich, bez względu na bogactwo zdobień, wielkość czy zawartość, jest jednym z ważniejszych „symboli ciągłości życia”.


Dzisiaj podchodzimy inaczej do kwestii posagów. Praktycznie zaginęła tradycja takich podarunków jak „morgengave” czy „tilgave”.

„morgengave” – podarek składany przez młodego po nocy poślubnej. Ten podarek musiał mieć dużą wartość materialną (złota biżuteria czy inne precjoza). Stawał się on wyłączną własnością świeżo poślubionej, jako zabezpieczenie dla niej, w razie gdyby mężowi coś się stało i zostałaby sama.

„tilgave” – czyli coś w rodzaju zadośćuczynienia rodzinie panny młodej, która wychodząc za mąż nie będzie już mogła wspierać jej swoją pracą.

Takie zadośćuczynienie musiało mieć wartość przynajmniej równą posagowi panny młodej, gdy była ona dziewicą, lub połowę tej wartości, gdy była na przykład wdową powtórnie wychodzącą za mąż.

Oglądając te kufry, czułem taką specyficzną energię z nich płynącą. Skupiałem się raczej na tej pozytywnej, pełnej nadziei i radosnych oczekiwań. To ta energia zbliżona do źródeł życia, stanowiąca prawdziwy pokarm ludzkiej natury pragnącej kochać i być kochanym. Gdy zobaczyłem pierwszy z tych kufrów, na którym ktoś namalował jednorożca, bardzo chciałem otworzyć go, i wydobyć to czyste dobro, które spodziewałem się tam znaleźć.

Podobne uczucia spłynęły na mnie w kolejnym pomieszczeniu, które będziecie zwiedzać.

Jest to pomieszczenie gdzie zgromadzono i udostępniono przedmioty będące niegdyś wyposażeniem starych kościołów.

Zobaczycie tam stary, pęknięty dzwon kościelnej dzwonnicy, pięknie zdobione Biblie i mszały, obrazy przedstawiające sceny biblijne, rzeźby, klepsydry przepięknie rzeźbione, kadzidła, misternie rzeźbione kolumny zdobiące dawne wejście do jednego z kościołów, a nawet trumny.




Nakrycia głowy pary młodej.

A tak wyglądała korona panny młodej w pełnej krasie.


Ja oczywiście zwróciłem uwagę na oryginalne, urocze, tradycyjne nakrycia głowy pary młodej noszone przez nich podczas ceremonii zaślubin.

Dla pana młodego gustowny cylinder czy melonik, natomiast dla panny młodej, coś tak uroczego jak misternie wykonana korona.

O ile cylinder pana młodego to takie klasyczne męskie nakrycie głowy, o tyle korona panny młodej jest naprawdę intrygująca.

Korona taka, mogła być wykonana w formie beretu lub diademu, do którego doczepiano ozdobne kolorowe wstążki, błyszczące blaszki z polerowanego mosiądzu w przypadku mniej zamożnych, bądź srebra czy złota, gdy młodzi pochodzili z bogatszych rodzin. Całość udekorowana delikatnymi zielonymi listkami i kwiatkami, mieniła się radośnie przydając blasku tej, która na tę chwilę stawała się królową życia.

Gdy przyglądałem się tym weselnym nakryciom głów, przyszło mi do głowy, że w pewnym sensie mogą one być odzwierciedleniem myśli, jakie w tym czasie szaleją w głowach młodej pary.

U niego ciężki melonik, niczym świadomość wejścia w nową rzeczywistość, pełną powagi, trudów związanych z troską o byt i bezpieczeństwo rodziny.

U niej kolorowa korona, pragnienie piękna wspólnego bycia we wszystkim, co od tej pory nastąpi. Pragnienie by było to piękne, kolorowe, radosne i przesycone dobrym blaskiem nowe życie stąpające na malutkich nóżkach.

Te dwa przeplatające się strumienie, silny męski potok torujący drogę pośród głazów i ten delikatny żeński szmer strumienia, zwinnie meandrujący pośród zawiłości terenu, po którym życie się toczy. Niby odrębne, a przecież oba wypełnione substancją niosącą ŻYCIE.

Zatem zamykam oczy pełne obrazów muzealnej magii, i wsłuchuję się w szum rzeki Drammenselva, która mówi mi „To nie ja rzeka jestem Matką Drammen, ale Miłość tych, którzy do mnie przyszli”.

Zachęcam Was bardzo serdecznie, byście udali się tam na własne poszukiwania… Wiem jedno, znajdziecie tam Miłość.

To tyle na temat głównego budynku Drammens Museum.

Kolejny felieton postaram się opublikować w najbliższym czasie, i zapewniam Was, że będzie on jeszcze bardziej a nawet bardziej niż bardziej „wisienką na torcie”.

70 wyświetlenia

© 2023 by The Book Lover. Proudly created with Wix.com